Nie nastawiam się na nic. Choć to chyba nie jest prawdą.
Gdybyśmy nie liczyli na cud to Żuka dawno by nie było.
Ot, takie zabezpieczenie uczuciowe z naszej strony to liczenie na nic.
Po powrocie z pracy zastałam koty w drzwiach.Witające mało przyjaźnie i wyraźnie wnerwione.Zapikałam domofonem i od razu nie weszłam.To wprost niewiarygodne
bezczelstwo z mojej strony.One tyle minut pod drzwiami czekające.

A ja sobie pogaduszki strzelam.
Żunia nie było wśród nich. Żunio przywitał mnie siedząc na kanapie i nadstawiając niedbale pysiolka do całusków.Zagruchał.Miał uśmiech w oczach.I niecierpliwość. Dopiero za chwilkę skojarzyłam o co chodzi. Żuniek był zajęty...śledzeniem latającej pod sufitem muszki. To jego pierwsza musia na horyzoncie.Nigdy ich nie widział. Skakał z wdziękiem ,mimo satelity po meblach,ćwierkolił i zagapiając się na fruwające dziwadło wystawiał pociesznie jęzorek.Śliczny widok. Nawet wykorzystał chwilę jak się pochyliłam by czółko jego pogłaskać ,by wskoczyć mi na plecy, potem na kark a potem na głowę chciał się dostać

A wszystko po to by owada dorwać.Biegał długo aż zgłodniał. Po jedzeniu polazł do śpiących obok siebie Lucka i Karmela.Rozgonił towarzystwo niby się do nich przytulając i podlizując . Uwalił się w najlepszym miejscu.Czyli na nich. Karmel wyniósł się na podłogę z obrażoną miną.
Julinka, mała pokraczna Julinka zazdrosna o względy przyszła się pomziać. Nie zgonię jej bo haki wystawiła.Więc idziemy się do pieszczać.To jej czas.