Od jakiegoś czasu zanoszę jedzenie pod piwniczne okienko,bo zauważyłam tam kota.Na początku bał się mnie,wychodził dopiero wtedy,kiedy byłam już dość daleko.Pomyślałam,że to dobrze,dzikusek taki,nie będę oswajać,nie dałam imienia,jeść dostanie zawsze,zadbam ile będę mogła i już.No to ten dzikusek zaczął wychodzić i nie bał się mnie.Na następny dzień strzelał baranki,wczoraj zamiast jeść wpakował mi się na kolana, a dzisiaj to już nosiłam go na rękach,głaskałam.Jest taki kochany.Nazwałam go Marcysiem i MUSZĘ mu znaleźć dom.On tak patrzył za mną,kiedy odchodziłam,takie miał smutne oczka.A ja na razie nie mogę go zabrać.

Jest zdrowy,to chyba bardzo młody kotek, nie jest jeszcze wykastrowany.Nie ma pcheł.Mam tylko takie zdjęcia,ale i tak widać,że ładny.Taki bardzo ciemny buras,z żółtymi oczkami.


