A ja nie będę się powtarzać, tłumaczyć i udowadniać, że nie jestem wielbłądem.
Już to zrobiłam w poprzednim wątku.
Staram się pomagać tym kotom najlepiej jak potrafię, poświęcam tyle czasu ile tylko mam.
Nie jestem nieomylna i nie wszystko robię najlepiej. Ale nie chcę być postrzegana, jako ktoś kto zamiast pomagać szkodzi tym kotom, że wydaję koty byle gdzie i byle jak. Wg mnie tak nie jest. Każdy ma prawo do własnego zdania i oceny.
Jeśli ktoś dzwoni w sprawie adopcji 90% to osoby, które eliminuję już na wstępie. Kontakt do Joasi dostają tylko ci, którzy są warci zainteresowania.
Dziekuję serdecznie za każdą pomoc, którą dostałam, za każde ziarenko i puszkę karmy, za każdy grosik na weta, za opiekę nad kotami w Warszawie, za każde ciepłe słowo, za każde profesjonalne zdjęcie i każde ogłoszenie, bo dzięki temu te koty dostały szansę na lepsze życie. Sama nie podołałabym na pewno, bo mnie nie stać.
Nie będę pisać dlaczego balkon osiatkowany będzie w marcu a nie w styczniu, zresztą jeszcze nawet nie wiadomo, czy państwo zechcą go wziąć, bo póki co nie dzwonili i nie potwierdzili.
Kotów zostało tutaj 6, w Warszawie 2. Te, które są tutaj już pewnie nigdy nie znajdą żadnych domów. Tobi jest zdrowy, Trisia ma problemy i jak komuś o nich mówię - rezygnuje z kota
Fela i Maciuś miały szansę na dobry dom z osiatkowanumi oknami. Niestety skreśliła je białaczka. Mogłam nie powiedzieć, zataić , przemilczeć, nikt mnie o to nie pytał (znam takich którzy tak robią) i dziś pewnie miałyby raj a ja miałabym je z głowy. Taki przykład pierwszy z brzegu. Ale to nie w moim stylu.
Wiem, że każda pomoc kiedyś się kończy, mam tę świadomośc i bardzo się boję, bo wiem, że ja - jak już kiedyś pisałam - jestem na nie skazana do śmierci : ich, pani, albo mojej.
Tutaj nie znalazłabym dla nich żadnego domu, a o osiatkowanych oknach mogłabym tylko marzyć. Dlatego jestem wdzięczna Joasi za pomoc, za opiekę nad kotami, które czasem trzeba też targać do weterynarza. Za te wszystkie godziny spędzone na wizytach w jej domu i przed adopcyjnych.
Znów niedługo będę musiała żebrać o wsparcie, bo faktura za Puszkina przerośnie pewnie moje możliwości, a Trisia jutro idzie z wizytą do dermatologa, bo dotychczasowe leczenie i dieta nie przynosi rezultatu. To też będzie kosztować. To też spędza mi sen z powiek, bo bez pomocy nie dam rady. Bez tego im nie pomogę.
Nie jest łatwo prosić o pomoc, naprawdę. Przynajmniej dla mnie jest to upokarzające, ale wiem, że jeśli tego nie zrobię to one nie mają nawet takiej możliwości. Umrą sobie cichutko w kąciku, jak kiedyś Burcia, której nie zdążyłam pomóc.
Jak patrzę na to wszystko z perspektywy czasu to sama nie wierzę, że aż tyle się udało. Ponad 10 tysięcy, wszystko od ludzi, którzy pomagają, nie licząc kastracji i sterylek, za które płaciły fundacje i karmy, tona karmy, którą wzniosłam na IV piętro i nie musiałam za nią płacić
A tak na marginesie tylko wspomnę, że jutro na zastrzyk z Puszkinem będziemy musieli jechać do weta. Już nawet w klatce nie da się obsłużyć, dziś przez godzinę chciał mnie zjeść. Udało się, ale jutro już nie podołam. Zostawiłam pani 20 zł żeby kupiła mu mięso, bo nic innego nie chce jeść.
Jest późno, jestem zmęczona, napiszę tylko tyle - każdy ma prawo do własnego zdania, a najłatwiej jest krytykować.
Jeśli macie możliwość to nam pomóżcie, jeżeli ktoś może zrobić ogłoszenia Trisi i Tobisiowi ( bo już tylko oni zostali do adopcji) to bardzo proszę, bo moje nieudolne próby ich robienia nie dają rezultatów.
Jeśli uważacie, że nie warto to trudno. Może nie wszystko wychodzi mi najlepiej, ale staram się.
Nie będę się kłócić publicznie. Jak ktoś ma ochotę to mój telefon jest wszędzie dostępny, można napisać, postaram się wyjaśnić wątpliwości.