Do tych, co oddają koty. Wasze "INNE" kryteria ado

Kocie pogawędki

Moderatorzy: Estraven, Moderatorzy

Post » Wto lis 06, 2007 11:35 Do tych, co oddają koty. Wasze "INNE" kryteria ado

To będzie długi post...

Postanowiłam założyć nowy wątek z nadzieją na konstruktywną wymianę doświadczeń adopcyjnych.

Mam nadzieję, że tego typu wymiana zdań i spostrzeżeń dodatkowo uchroni nas przed 'nietrafionymi' adopcjami.

Od 1.5 roku jestem domem tymczasowym. Oddaję zwierzaki do nowych domów, w głównej mierze, nowopoznanym osobom.
Osobiście przeprowadzam rozmowy przedadopcyjne.
Podejmuje decyzje na 'tak' i 'nie'.

Od dłuższego czasu mierzę się z tym problemem indywidualnie, dużo poczytuję forum, jest dla mnie skarbnicą wiedzy i doświadczen...
staram się też dzielić swoimi spostrzeżeniami w wątkach okołoadopcyjnych. Rozmawiam z forumowymi znajomymi w 'realu'


Pomimo iż cyfry świadczą co innego, a kotom, które wyadoptowałam, znalazłam fajne, kochające domy, wewnętrznie - miewam chwile ogromnego zwątpienia... i dylematy, których tak zwany 'normalny człowiek' raczej nie rozumie. :wink:

Czuję duży ciężar - co raz to większej odpowiedzialności - za zwierzaki, których losem pokierowałam... a jest ich już dość dużo.


A teraz konkretnie - chciałabym jeszcze raz powrócić do rozmowy na temat kryteriów adopcyjnych.

Nie mówię tu o czymś co stanowi ‘oczywistą oczywistość’ - stosunek do kastracji, do zwierząt ogółem. Podpisanie umowy adopcyjnej. Warunki domowe, plany, możliwość zapewnienia opieki. Zobowiązanie do leczenia, zabezpieczenia balkonów, nie wypuszczania kota w niebezpiecznej okolicy.

Na ten temat bardzo wiele zostało powiedziane.


Chodzi mi o stosowane przez Was kryteria, ale takie poboczne, niepisane "INNE".

Nie znaczy to - mniej ważne.

Ale takie - które o wiele trudniej zmierzyć.

***


Wyobraźmy sobie taką sytuację.
Ogłoszenia wiszą w necie.
Dzwoni, mailuje nieznajoma osoba…


Czy jest coś, co dyskwalifikuje potencjalny domek lub wzmaga Waszą czujność?

Na ile ważne są
wyobraźnia, inteligencja, empatia, kultura osobista kandydata na domek?

Co przekonuje Was, ze zapewnienia i obietnice rzeczywiście będą dotrzymane?

Czy powyższe cechy można jakoś 'przetestować'?

A może coś innego jest dla Was ważne?


Pamiętacie te momenty, w którym zdobywacie pewność ‘to ten dom’ 


A może coś innego jest dla Was ważne?

Agalenora

 
Posty: 5833
Od: Pon lis 14, 2005 23:49
Lokalizacja: Warszawa Żoli

Post » Wto lis 06, 2007 12:05

Sposób mówienia o kocie - czy jest w głosie ciepełko,

sposób słuchania - słucha, przyjmuje informacje, czy wie lepiej

No i już przy spotkaniu - stosunek do kota i kotów do kandydatów
Ostatnio przy wizytach niektórych domków moje rezydentki, na ogół z dystansem do obcych, pchały się gościom na kolana - chyba mają jakiś instynkt?

Ale ja się tylko mądrzę, bo tak naprawdę rozmowy adopcyjne przeprowadza za mnie kto inny :D , za co jestem ogromnie wdzięczna :wink:
Obrazek Obrazek Obrazek

Zachęcam do zakupów w zooplusie przez zielony banerek na blogu - zooplus coś przekazuje na nasze podopieczne kocie bidy. http://domowepiwniczne.blogspot.com/

kalewala

Avatar użytkownika
 
Posty: 20832
Od: Śro cze 29, 2005 13:55
Lokalizacja: Łódź

Post » Wto lis 06, 2007 12:14

Dużą rolę gra, niestety (a może stety) intuicja. Czy łapię dobry kontakt z tym kimś, czy "czuję", że będzie ok. Obiecać można wiele, nie da się wszystkiego sprawdzić, dlatego jeśli instynkt mówi mi "nie", to raczej staram się zrazić ludzi do kota :roll:

Dwa razy oddawałam kota do domu, który ktoś inny znalazł (Małączarną i Super Majo Bros). I wtedy właśnie koty wróciły z adopcji. Jednak zdaję sobie sprawę, że coś może nie wyjść, że mogę czegoś nie wiedzieć, albo nie dowiedzieć się na czas - i choćby nie wiem co, tego nie przeskoczę. Nie jestem alfą i omegą, a pociesza mnie tylko fakt, że koty, które oddaję, najczęściej miały już wyrok śmierci... Co nie zwalnia mnie ze znalezienia im jak najlepszego domu oczywiście.

Staram się też nie oddawać kota przy pierwszej wizycie. Wolę jeśli potencjalni opiekunowie decydują się znając już kota na żywo, choć nie ukrywam, że zdarzyło mi się oddać kota od razu - najczęściej po długim i szczegółowym kontakcie mejlowo-telefonicznym.

Muszę zobaczyć iskry w oczach potencjalnych opiekunów :wink: Na widok kota oczywiście :lol:

Jana

 
Posty: 32148
Od: Pt sty 03, 2003 19:59
Lokalizacja: Warszawa (Koło)

Post » Wto lis 06, 2007 12:30

Mnie się nieźle sprawdza idiotyczne kryterium - jak ktoś rozmawia ze mną przez telefon.
Już wiele razy okazywało się, że jak ktoś dzwonił i porządnie się przedstawiał, mówił, że dzwoni w sprawie kota takiego i takiego, że ogłoszenie znalazł tu i tu, to potem okazywało się, że jest bardzo fajnym człowiekiem i dobrym domkiem.

Lubię, gdy domki opowiadają trochę o sobie, ale miałam i takie, które mówiły za dużo - zapominały o kocie i snuły historię życia swoją i zwierzaków.

Pytam o poprzednie zwierzęta - po tym, jak ktoś opowiada można dużo wyczuć. Pytam, do kogo chodzą do weta, jeśli był czy jest jakiś zwierzak. Czasem robię tak złe wrażenie, że jedna pani przyjeżdzając po kota przywiozła mi zdjęcia, książeczkę zdrowia rezydenta i namiary na weta, żebym mogła ją sprawdzić. :oops:
Oddałam jej kota na pierwszej wizycie i wiem, że ma super, bo dzwonię co jakiś czas i pani się baaardzo cieszy.

Staram się nie oddawać kota na pierwszym spotkaniu. Im bardziej domkowi zależy tym sam jest skłonny poczekać.

Na samym mailowaniu się ostatnio nieco zawiodłam i zamierzam ogólnie zaostrzyć kryteria.
Prawdziwi mężczyźni nie jedzą miodu, oni żują pszczoły.

sibia

Avatar użytkownika
 
Posty: 7906
Od: Śro gru 07, 2005 17:15
Lokalizacja: Praga Północ (okolice trójkąta bermudzkiego)

Post » Wto lis 06, 2007 12:31

Dzięki Dziewczyny.

intuicja - tak oczywiście, reakcja na zwierzaka, czujność - tak - jestem czujna jak ważka... :twisted:

A czy wierzycie jeszcze w coś takiego co nazywamy - 'chemią'?

Pomiędzy nami - a kimś, kto od nas kota bierze.

Czasem już po pierwszych kilku mailach mam uczucie, że nie ma sensu dalej ciągnąć tematu...

Agalenora

 
Posty: 5833
Od: Pon lis 14, 2005 23:49
Lokalizacja: Warszawa Żoli

Post » Wto lis 06, 2007 12:48

sibia pisze:Mnie się nieźle sprawdza idiotyczne kryterium - jak ktoś rozmawia ze mną przez telefon.
Już wiele razy okazywało się, że jak ktoś dzwonił i porządnie się przedstawiał, mówił, że dzwoni w sprawie kota takiego i takiego, że ogłoszenie znalazł tu i tu, to potem okazywało się, że jest bardzo fajnym człowiekiem i dobrym domkiem.

.


Jest w tym jakiś klucz...

Domki nie przedstawiające się, jakoś nie przechodziły przez kolejne etapy rekrutacyjnego.

'dzien dobry, ja w sprawie ogloszenia... ' - ktoś melduje suchym, nieprzyjemnym głosem.

Miałam też mailujących kandydatów, którzy unikali kontaktu telefonicznego. Albo nie potrafiących czytać...

Ot, wczorajszy przykład.

Tytuł: Kotka

Czy ogłoszenie o adopcji jest aktualne. A Jeżeli tak, to jakiego miasta dotyczy.

Jestem z Warszawy i chętnie bym zapoznała się bliżej z kotkami.


(imię i nazwisko w stopce, wysłane z maila służbowego - więc osoba dorosła, pracująca)


Moja odpowiedź:
Witam,

Proszę o wiecej informacji na temat kota (oglaszam kilka kotów) i kontakt telefoniczny (u podaję numer tel.. xxxxx ) Ja równiez jestem z WWy.

pozdrawiam
Agata Wołkowska

Brak kontaktu tel. Pomimo iż podałam zarówno w ogloszeniu, jak i w mailu. Przychodzi odpowiedź mailowa:

Szczerze powiem, że zamknęła,m stronę z kociakami i nie pamiętam na której znalazłam Pani kotka.

***
Nie odpisałam... (telefon podałam, ewidentna prośba o kontakt była) Jak dla mnie - sprawa nie ma dalszego ciągu.

Do opieki nad kotem potrzebna jest wyobraźnia. Na kota nawet niewychodzącego czeka sporo niebezpieczenstw - niedomknięte drzwi, uchylny lufcik, garnek z wrzątkiem na blacie... gorące żelazko, itp

W tym miejscu diagnozuję jej ewidentny brak.

Wiele mam takich 'zapytan' i przyznam, co raz mniej cierpliwości....

Agalenora

 
Posty: 5833
Od: Pon lis 14, 2005 23:49
Lokalizacja: Warszawa Żoli

Post » Wto lis 06, 2007 12:49

Ze względu na to, że jestem społecznym dzikusem większość naszych adopcyjnych rozmów i kontaktów bierze na siebie Uschi, a ja siedzę z boku i coś tam czasem dorzucam.
I tutaj mam swoje pierwsze kryterium.
Jeżeli zachowanie potencjalnego domku sprawia, że sama mam ochotę rozmawiać, wchodzić w kontakt, to stawiam dużego plusa.
Ważne jest dla mnie też to jak ktoś patrzy na kota, jak się odnosi do potencjalnych problemów, jak reaguje na wstępne prychanie nieśmiałego tymczasu :)
Lubię jak domek sam zadaje pytania, to znak, że jest zaciekawiony, że chce wiedzieć o kocie jak najwięcej. Plusem jest dla mnie również to, że ktoś kompletując wyprawkę szuka porady, pyta się o dobre karmy, żwirki.
Ważny jest dla mnie również stosunek gościa do naszych domowych futer. Szczególnie do psychopatycznej Mruf: zawsze mówimy gościom, że ona jest nieobliczalna, i może się łasić a za moment ugryźć, jeżeli ktoś nadal szuka z nią kontaktu to widać, że nie ma w nim lęku przed zwierzęciem.
Jak napisały poprzedniczki ważny jest ten błysk w oku na widok kota.
Wiadomo, że jeżeli zagra nam chemia z domkiem to rozmowa jest dużo przyjemniejsza i zaufanie większe.
I wierzę intuicji.
Czasem jak ktoś tylko wejdzie do pokoju to już wiem. Czasem się musze przekonać.
Nawet w sytuacji, kiedy przy podwójnej adopcji jeden ze Sportowców - Krykiet wrócił do nas to w konsekwencji wiem, że sam domek dla drugiego z braci jest cudowny, wspaniały a nam samym bardzo, bardzo pomaga. Że nie zagrało, ale odbyło się to szczerze i przy ogromnych emocjach.
Pomyliłyśmy się raz.
Jest to sprawa bardzo aktulana bo dotyczy Władzia.
I tutaj po raz pierwszy nie posłuchałyśmy intuicji, nawet radziłyśmy się MT co zrobić czy nasze wątpliwości nie są przypadkiem sprawą tego, że z Władziem bardzo, bardzo się zżyłyśmy i może to jakaś fiksacja.
I dałyśmy szansę.
Ale skończyło się źle.
Dlatego teraz już wiem: zawsze będe słuchać tego co mówi mi przeczucie.
Obrazek
Nie ma Sopelka :(

tanita

 
Posty: 2887
Od: Śro lip 27, 2005 22:17
Lokalizacja: Warszawa-Bródno, forpoczta Mafii Tarchomińskiej

Post » Wto lis 06, 2007 15:31

dla mnie spotkanie
i rozmowa
słucham tego co mówią i jak mówia
i jak reaguja na kota
dlatego nie do wyobrazenia jest dla mnie adopcja do innego miasta - taka na odległosc
bo mail i telefon bywa ze nie odkrywaja prawdy
ObrazekObrazek

Maryla

 
Posty: 22005
Od: Pt sie 22, 2003 9:21
Lokalizacja: Świder

Post » Wto lis 06, 2007 16:05

Ja Wam odpowiem z innej strony.
Byłem zdecydowany na kota, interesował mnie zwykły dachowiec. Gdzies w necie znalazłem ogłoszenie pewnej fundacji ze Zgierza, której nazwy nie pamietam. Dzwonie, objasniam ze chciałbym wziac do domu kotka, najchetniej jak najmlodzszego. Pani od razu mowi o umowie adopcyjnej. Nie wiedziałem nic o takowej umowie, Pani mi objasnia.
Miedzy innymi:
1. wizytacja przedadopcyjna
2. wizytacja poadopcyjna
3. fundacja kota moze zabrac jesli stwierdzi ....
Wiec pytam jakim prawem ma ktos mi wizytowac mieszkanie?
Tysiace juz razy tu na forum wyczytałem ze schronikso to umieralnia dla zwierzat. Wiec czym te zwierzeta ryzykują, skoro tam gdzie sa czekaja tylko na smierc?
Efekt jest taki, ze znalazłem inne gw necie, o jakie wcale nietrudno. Wzialem kota od zwyklej starowinki. Gdyby jednak nie ona, to moze trafilbym na jakiegos pseudohodowce i kota bym wzial rowniez od niego jak robi to sporo ludzi. Ludzi odesłanych do tych "hodowców" pośrednio przez Was, własnie przez Was.
Bez obrazy, pozdrawiam

Rob

 
Posty: 29
Od: Sob sie 18, 2007 9:16

Post » Wto lis 06, 2007 16:12

Rob, bez obrazy.

tanita pisze:Postanowiłyśmy opisać to tutaj, żeby nie przeciążać wątku Stasi.
Władzio wrócił do nas, zabrałyśmy go wczoraj na skutek nieprzestrzegania warunków umowy adopcyjnej.
Bo Władzio wypadł z okna.
Z drugiego piętra.
Piszę o tym tak sucho, bo to jedyny sposób, żebym nie zaczeła płakać.
Ale zacznijmy od początku.
Jak opisałam w wątku Stasi dostałyśmy od domku Władzia alarmującego maila, że z kotkiem źle się dzieje, skoki temperatur, ogólne osłabienie, brak apetytu, utrzymywanie życia przez kroplówki. Weci podejrzewają jakąś wirusówkę lub białaczkę.
Byłyśmy przerażone, Władzio wyszedł od nas zdrowy, podwójnie zaczepiony, jego rodzeństwo jest zdrowe, wszystkie nasze domowe futra też.
To co dalej się działo to cudowne sploty okoliczności.
Domkowi Władzia wczoraj ukradziono samochód, dzięki temu mogłyśmy podjechać i zabrać Władzia razem z chłopakiem do weta. Był leczony na Książęcej. Nie mogę powiedzieć chłopak zadbał - jeździł z nim na kroplówki, sam się nauczył je robić, zamówił wszystkie potrzebne badania, RTG, morfologię, był bardzo przejęty.
Weci nie potrafili postawić żadnej diagnozy, a na domiar złego pobrali wcześniej krew tuż po kroplówce, czego nie będe komentować :evil:
Wczoraj w momencie w którym facet wyszedł na papierosa, wet w przychodni zerknął w kartę i mówi : "o wcześniej był tu przyniesiony z innej lecznicy po updaku z okna"
Pod nami ugieły się nogi.
Facet obiecywał, że nigdy nie dopuści do zagrożenia Władzia, nie będzie przy nim otwierał okna.
To było drugie piętro.
Spadł na trawnik.
Objawy zaczeły się po dwóch, trzech dniach.

Na RTG powiększona wątroba, pozatym wszystko ok.
Wcześniej chłopak był w innej lecznicy gdzie powiedzieli, że kot ma się dobrze i odesłali do domu.
W sobotę podobno Władzio przestał jeść i przewracał się z osłabienia.
Od tego czasu skoki temp, kroplówki, itp.
My nic nie wiedziałyśmy o tym wypadnięciu i pewnie byśmy się nie dowiedziały gdyby nie te zbiegi okoliczności.
Powiedziałyśmy, że zabieramy Władzia i zbarałyśmy go od razu do D.
Został z nią na noc, bo akurat miała dyżur.
Ma mieć pobraną krew.
Wszystko wskazuje na to, że te wszystkie objawy to skutek upadku.
Sama jak przyszła do nas Mruf i Nicia a ja nie wiedziałam nic o kotach czasem zostawiałam uchylone okno bo wychowana z psami nie wiedziałam, że koty mogą wskoczyć na blat. Zdarzyło się to tylko dwa razy, potem byłam chora z nerwów, no ale było...
Ale on nas okłamał, zataił, nie dopilnował.
Ja wiem, że potem robił wszystko żeby pomóc Władziowi, spał z nim przy termoforze, leczył, jezdził do weta.
Ale okłamał nas i doprowadził do zagrożenia życia Władzia.
Dlatego Władzio wrócił.
My mamy potężne wyrzuty sumienia, tym bardziej, że miałyśmy wcześniej jakieś przebłyski intuicji, że coś jest nie tak. No ale myślałyśmy, że to z powodu naszej fiksacji na Wladzia, że przesadzamy.
Ale jak widać trzeba słuchać intuicji.
Jest nam strasznie źle.
Doprowadziłyśmy pośrednio do cierpienia Władzia.
I nie można tego zapomnieć :cry:
Dziś po pracy odbieramy go z lecznicy.
Będziemy walczyć o niego.
Bardzo proszę o ciepłe myśli dla Władzia.
Przepraszam cię Władzinko, że niedopilnowałam....
Muisz żyć, musisz być ślicznym łabądkiem, żeby cie ciocia Jana opisała w Kocie...
Siostra już czeka na ciebie i wujek Sopel też.
i my...


http://forum.miau.pl/viewtopic.php?t=60882&start=317

Dziewczyny dwa razy przeciągnęły Władzia na tę stronę Tęczowego Mostu, a teraz jego życie jest trzeci raz zagrożone, przez nieodpowiedzialność opiekuna.

Jana

 
Posty: 32148
Od: Pt sty 03, 2003 19:59
Lokalizacja: Warszawa (Koło)

Post » Wto lis 06, 2007 16:32

Rob nie bedę się nawet denerwować tym co piszesz, bo po prostu nic nie rozumiesz i pewnie bardzo długo musiałabym to opisywać.

W sprawie nowych domków to stwierdzam, że tylko na swojej intuicji powinnam polegać. To jest coś dla mnie samej nieokreślone, ale niekiedy jedno słowo wystarczy, że mam wątpliwości. Niestety z początku próbowałam sama siebie przekonać do tego, że na pewno są domki lepsze, a przynajmniej takie same jak mój ale.... Za każdym razem, gdy sobie kogoś usprawiedliwiłam, bo cos palnął, to okazywało się, że kot z adopcji wrócił. Albo ja się nie nadaję, albo nie trafiłam jeszcze na domek za który mogłabym być pewna. Mam co prawda sporo udanych adopcji ale ciągle mam obawy. Czy ta starsza pani się nie rozchoruje, czy moi sąsiedzi będą dalej cierpliwi w ciągłych atakach kota na nich /jak wiem, że to kocia zabawa, ale oni się czują atakowani/. Czy młodzi ludzie od Milki nie zechcą się roztać i co wtedy z kotem i tak bym mogła w nieskończoność.

Podpadaja mi takie rzeczy przy rozmowach jak np. dziewczyna oglądająca kociaki, która przepięknie mówiła i tryskała wiedzą o kotach denerwowała się gdy kociak zaczął bawić się jej sznurówkami /czerwone miała :D /, lub jadę z kotem do Warszawy i dowiaduję się w drodze, że dziewczyna jest w pracy i nie ma transporterka, żeby kota przejąć. Spotkanie było umówione i miało wyglądać zupełnie inaczej. Telefonicznie było wszystko super. Rozpisałam się, ale temat rzeka.

Barbara Horz

 
Posty: 6763
Od: Wto sty 02, 2007 12:39
Lokalizacja: MiauKot

Post » Wto lis 06, 2007 16:50

Jana ale jak historia Władzia ma być odpowiedzią na post Roba? ;)

Ja go doskonale rozumiem i wiem, ze sporo wyadoptowujących osób przesadza (nieduża część i nie Wy akurat ;)). Tzn przedstawia warunki adopcji tak, że zraża od razu domek nawet nie starając się sprawdzić czy osoba ma potencjał, czy wie co i jak czy trzeba uświadomić.
np Anja od jednej z Fundacji kota nie dostała a to jedne z najlepszych domków jakie znam ;) Ja swego czasu też bym nie dostała ;)

Przychodziły do mnie osoby właśnie rezygnujące z adopcji Fundacji, bo pani była niemiła, bo stawiała warunki takie a takie, bo umowa a ja nie wiem o co chodzi, bo milion pytań od razu rzuconych w twarz.
A ja spokojnie tłumaczyłam, pokazywałam balkon, rozmawiałam po prostu. I człowiek godził się na wszystko czując sie jednoczesnie uświadomiony, zaopiekowany niejako, a nie napastowany pytaniami. Dotyczy to zwłaszcza mężczyzn, bo jesli z pary osób oni dzwonią to oczekują konkretów, to kobiety sa chętniejsze do rozmów, wypytywania, je łatwiej wyczuć, wyciągnąć informacje.

Bo jest duża różnica zapytac kogoś ile ktoś zarabia (dokładnie takie pytanie padało przy rozmowie o kota), a zapytać czy zdaje sobie, ze posiadanie kota to wydatek ok XXX zł miesięcznie i czy go na pewno stać... Kwestia podejścia do ludzi i znam historie gdy takie podejście zniechęcało bardzo fajnych ludzi.


Ale wracając do tematu.
Intuicja to podstawa. Choć ja twierdzę, ze nie muszę się z ludźmi zaprzyjaźniać, grunt by kota pokochali.
Przy telefonie pierwszy kontakt, czy osoba dzwoniąca wie po jakiego kota dzwoni..... Zresztą przy mailach też....
- dzień dobry, ja w sprawie kota
- jakiego kota?
- eeeeeeeeee......

Od razu ogromny minus i osoba musiała by się mocno naprawcować by zmyć to wrażenie, najczęściej takie osoby odpadają.

Przy rozmowie telefonicznej ważna jest niejako elokwencja rozmówcy, a co za tym idzie też inteligencja :oops:
- Pani, ja w sprawie kota. Pani, my byśmy go chcieli wziąć.- głos meżczyzny, stylistyka zdań na pewno nie z uniwersytetu ;)
ściemniam coś i dowidzenia

W 99% odpadają od razu osoby którym kotem zaginął/zginął/wypadł .... Człowiek musi przekonać że to był nieszczęśliwy wypadek, a nie zaniedbanie, a to nie jest łatwe, więc zazwyczaj dowidzenia.

Najważniejszy etap weryfikacji jest mailowo czy telefonicznie. Jak mi osoba nie gra, nie zapraszam do domu. Szkoda mojego czasu.
To musi być słychać.
Były osoby na prawdę mało wiedzące gdzie spędziłam godzinę na rozmowie o sterylizacji, opiece, karmieniu. I taka osoba kota dostała choć moze tydzień temu miała zero wiedzy.
A były osoby które być moze dużo wiedziały, ale jak nei chiałay się dobrze poznać to.... ich strata.

Dosyć często oddaje koty na pierwszej wizycie, ale jak pisałam zapraszam do domu osoby tylko spełniające już warunki, pozostaje tylko kwestia spodobania się sobie nawzajem. Nie znoszę wizyt obcych w domu :oops: stąd weryfikacja mailowo-telefoniczna jest ważna ;)

Są różne sztuczki sprawdzające czy osoba chce akurat mojego kota. Mówię, że na jutro mam kogoś chętnego umówionego, więc proszę zadzonić pojutrze czy kot jeszcze jest aktualny. Mówię co ma osoba kupić dla kota, ze ma przyjechać z transporterem. Niestety przy transporterze część wymięka :? Stały patent z podpisaniem umowy. Czasami ze zwrotem kosztów szczepienia.

To samo wychodzi w czasie rozmowy, moze już kwestia doświadczenia i wyczucia ludzi.
Oddawanie kota to mieszanka rozumu i intuicji.
Z 70 kotów wrócił mi jeden. Niektóre znalezione domki to perełki, inne normalne kociolubne domy. Mam nadzieję, ze wszystkim "moim" kotom jest dobrze.... (i ta straszna niepewność czy na pewno jest, czy na milion procent dobrze wybrałam) Echhh takie dylematy, każdy z Was je zna.
Obrazek
http://www.forastero.pl hodowla kotów brytyjskich

Mysza

Avatar użytkownika
 
Posty: 39597
Od: Pon cze 02, 2003 10:17
Lokalizacja: prawie Kraków

Post » Wto lis 06, 2007 17:02

Rob pisze:Efekt jest taki, ze znalazłem inne gw necie, o jakie wcale nietrudno. Wzialem kota od zwyklej starowinki. Gdyby jednak nie ona, to moze trafilbym na jakiegos pseudohodowce i kota bym wzial rowniez od niego jak robi to sporo ludzi. Ludzi odesłanych do tych "hodowców" pośrednio przez Was, własnie przez Was.

A czy ta starowinka umiałaby Ci pomóc, gdyby kociak okazał się chory na coś nietypowego? Potrafiłaby Ci doradzić weta-specjalistę od danej choroby? Albo jakie badania zrobić? Czy natychmiast zadzwoniłaby do Ciebie, gdyby inny kociak u niej miał jakąś chorobę, którą mógł się zarazić ten Twój, żebyś mógł jak najszybciej wdrożyć leczenie?
Bo ja się poważnie obawiam, że w razie jakichkolwiek problemów, usłyszałbyś to, co ja po adopcji Kiciatego, 12 lat temu, od pani "starowinki" (zresztą z TOZ-u): " U mnie na nic nie chorował, jak się pani nie podoba, to pójdzie do schroniska".
Umowa adopcyjna to również pewnego rodzaju gwarancja pomocy ze strony domu tymczasowego.

A nawiązując do wypowiedzi Roba, to eliminuję te domki, które dają do zrozumienia (czasem bardzo między wierszami), że oni robią wielką łaskę adoptując kota. Bo kotów jest tak dużo.
Zanim odrobaczysz, poczytaj:
viewtopic.php?t=86719
i zanim nafaszerujesz kota metronidazolem, sprawdź, czy nie ma zwyczajnie alergii na gluten...

Nordstjerna

 
Posty: 3012
Od: Czw lip 06, 2006 20:52
Lokalizacja: Kraków ProKOCIm

Post » Wto lis 06, 2007 17:02

Barbara Horz pisze:Rob nie bedę się nawet denerwować tym co piszesz, bo po prostu nic nie rozumiesz i pewnie bardzo długo musiałabym to opisywać.
- no wlasnie nic nie rozumiem. Jestem debilem i skonczonym dupkiem tylko dlatego ze mam inne zdanie. Przepraszam najmocniej Barbara ze moj iloraz inteligencji nie dorównuje Twojemu....
Jana- owszem pewnie Ty i inni mozecie przytoczyc sporo przykladow ze adopcja ma sens, tak samo jak ja i inni ze to jednak nie wyjscie.
Dlaczego jednak w kolko piszecie to o umieralni dla zwierzat (schroniska) ale zeby zabrac zwierzaka sa takie trudnosci?

Rob

 
Posty: 29
Od: Sob sie 18, 2007 9:16

Post » Wto lis 06, 2007 17:03

Mysza pisze:Jana ale jak historia Władzia ma być odpowiedzią na post Roba? ;)


Może ta historia, swieżutka i właśnie trwająca, uświadomi mu dlaczego niektórzy "przeginają" :wink:

BTW - ja też nie dostałam kota, z Canisu. Jeszcze trzy lata czekał.

Jana

 
Posty: 32148
Od: Pt sty 03, 2003 19:59
Lokalizacja: Warszawa (Koło)

[następna]



Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Bing [Bot], Blue, emill, ewiczka, Ewik, Google [Bot], jolabuk5, jou, morgan44, OwcaDżungli, rudalia, stokrotka1, Talpa91, włóczka, Yahoo [Bot] i 72 gości