Przyjaźń między rezydentem a nowym kotem - jak długo czekać

Kocie pogawędki

Moderatorzy: Estraven, Moderatorzy

Post » Pt kwi 29, 2005 13:59 Przyjaźń między rezydentem a nowym kotem - jak długo czekać

Przyszedł mi pewien pomysł do głowy..

Tyle razy czytałam o oddanych, wyrzuconych kotach tylko dlatego, że nie akceptowały rezydenta.. :cry:
Tyle razy już widziałam w wielu wątkach rozpacz kocich opiekunów, którzy mają problem - ile czasu potrzeba na zaprzyjaźnienie się rezydentów z nowym kotem..

Chciałam poprosić wszystkich mających w domu więcej niż jednego kota i którym będzie się chciało poświęcić troszkę czasu, żeby opisali swoje doświadczenia w tej kwestii..

Im więcej osób się dopisze, tym większy materiał będzie pomocą i nadzieją dla każdego, kto będzie chciał zrezygnować z dokocenia np. po jednym dniu z uwagi na to, że koty nie chcą od razu spać przytulone do siebie, bawić się razem albo jeść z jednej miseczki.. Spróbujmy przekonać zrozpaczonych nowozakoconych, że cały proces wymaga czasu..

Zapraszam wszystkich chętnych - napiszmy wspólnie kolejny rozdział kociego ABC.. :D

aamms

Avatar użytkownika
 
Posty: 26488
Od: Czw lut 17, 2005 15:56
Lokalizacja: Warszawa-Ochota

Post » Pt kwi 29, 2005 14:01

Przyłączam sie do prośby Ani :)

agamuza

 
Posty: 665
Od: Wto mar 15, 2005 20:00
Lokalizacja: Warszawa

Post » Pt kwi 29, 2005 14:11

To ja zacznę :)
Mój pierwszy kot Gwóźdź (nadal jest) był kotem wychodzącym, kiedy pojawiła się maleńka Zuzanka bardzo się na nas obraził. Na Zuźkę prychał, warczał, syczał i było strasznie.
Przede wszystkim zrobił się agresywny w stosunku do nas.
Poszedł na 2 dni na łajzę, a po powrocie zaczął Zużce matkować (lizał ją, spały razem). Śmiałyśmy się z mamą, że musiał pogadać z kumplami o tym, co w domu go spotkało :). Ale Zuzanka była bardzo maleńka (miała zaledwie miesiąc), więc tu było łatwiej.
cdn

ariel

 
Posty: 17266
Od: Wto mar 15, 2005 11:48
Lokalizacja: Warszawa Wola

Post » Pt kwi 29, 2005 14:16

Hmmm - moje dokacanie pewnie sie nie bardzo nadaje na przyklad, bo po 2 dniach bylo juz wszystko ok :).
Sadze, ze wynikalo to kilku czynnikow:
1. Rezydent mlody (mial wowczas prawdopodobnie okolo 6 miesiecy), u nas w domu od 2 mieisiecy.
2. Rezydentowi wyraznie brakowalo towarzystwa - my juz nie milelismy sil na ciagle zabawy, Amper zaczepial swoje odbicie w lustrze itp.
3. Nie-rezydent w ciagu poprzednich kilku tygodni chyba ze 2 razy zmienil dom (mieszkal w domach tymczasowych).
4. No i moje koty maja zloty charakter :)

Pierwszego dnia Radar (nie-rezydent) ignorowal zaczepki Ampera i zwiedzal mieskznie, drugiego dnia Amper sie obrazil na wszystkich i ignorowal Radarowe zachety do zabawy, trzeciego bylo juz wszystko ok.

jb

 
Posty: 804
Od: Czw lis 04, 2004 15:00

Post » Pt kwi 29, 2005 14:21

Moja rezydentka Borówka dotarła do mnie w wieku ok. 2,5 m-ca, w połowie listopada. W maju dokoptowałam do niej ok. 10-letnią kotkę Kotaczkę. Nie pokochały się. Stara od razu poczuła się jak u siebie, młoda zaczepiałą starą, która ją ignorowała, a czasem, gdy miarka się przebrała, spuszczała jej łomot. Każda była/żyłą osobno. Po ponad roku w lipcu uśpiłam starą kotkę i w sierpniu przyniosłam ok. 4,5 m-czną Siwuchę. Podrośnięta Borówka nie pokochała młodej, jak jej w drogę wejdzie, to dostanie lanie. Generalnie zachowuje dystans i jak jej coś się nie podoba to Siwuchę trochę tępi. W listopadzie przyniosłam trzecią kotkę, ok. 1,5 roczną Mebellę, która też nie jest kochana przez rezydentkę, jednak stanowi bardziej wyrównaną klasę "wagową" i nie daje się rezydentce tak tępić. Nawet czasem się pogonią dla zabawy. Natomiast Siwucha i Mebella są dla siebie doskonałym towarzystwem do zabaw, gonitw i przepychanek, jednak też każda śpi na innym fotelu. Moje koty nie śpią razem. Podsumowując: najstarsza, rezydentka 2,5-letnia Borówka zachowuje chłodny możnaby rzec dystans, nie zniża się do poziomu dwóch pozostałych, no chyba że czasem da się naciągnąć na chwilę gonitwy z 2-letnią Mebellą, albo, częściej, chce wtłuc rocznej Siwusze. U mnie to rezydent jest tym nie do końca akceptującym.

@sica

 
Posty: 817
Od: Śro lip 07, 2004 12:12
Lokalizacja: Kraków, stara Nowa-Huta

Post » Pt kwi 29, 2005 14:44

Pojawianie się kolejnych kotów wyglądało bardzo róźnie. Ariel pojawił się w domu w wigilię, zupełnie bezproblemowo - wydawało się, że koty nawet nie zauważyły jego przybycia, szybko zaprzyjaźnił się z Rudim i resztą towarzystwa.
Następnym kotem była syberyjka Rozalka - tu pojawiły się problemy, bo nie chciał jej zaakceptować ani Gwóźdź, ani Zuzia, jedynie Rudy jakoś ją tolerował. Przy czym Rozalka, kiedy do nas trafiła była kotem zupełnie dorosłym, trochę nietowarzyskim (do nas przychodziła na mizianki w ubikacji, a z innymi kotami nie chciała utrzymywać żadnych stosunków).
dwa lata później przygarnęłam do domu Mikę - czarną domową kotkę wyrzuconą z domu, bo przestała być małą, puchową kuleczką (i podejrzewam, że zaczęła posikiwać w kwiatki, jako że u nas też to robiła).
Mika trafiła do mnie z trzema kociętami, których nie chciała trzymać w piwnicy, ale na klatce schodowej w 11-piętrowym bloku. Sąsiedzi opowiadali, że kotki najpierw były 4, ale w trakcie licznych przeprowadzek jedno zginęło. I dopóki małe były małe Miak była "pod ochroną" - tzn. nikt jej nie ruszał. Kiedy kocięta podrosły (2 znalazły dobre domy, Czapka została u mnie) zaczęły się regularne polowania na Mikę. I to był koszmar. Rozalia jej nie znosiła, a był to kot bardzo zawzięty. A co gorsze z czasem do tej nagonki przyłączyła się Czapeczka.
Mika była więc zamykana w kuchni. Trwało to dobre kilka miesięcy.
Problem "sam się rozwiązał" wraz z pojawieniem się dwóch kolejnych kotów - Poli i Kary (Kaśki). dwóch burasek uratowanych ze schroniska. Polcia, dorosła koteczka, Kaśka - młodziutka i malutka przyjechały w stanie skrajnego wycieńczenia, brudne i potwornie śmierdzące. Spały na kaloryferze, z resztą kociarni nie miały styczności, ale tamte wiedziały, że
coś się w domu wydarzyło dziwnego i... zapanowała między nimi zgoda. Czasem tylko dochodziło do drobnych spięć.
Potem pojawiały się różne koty, odchodziły. Na nikim nie robiło to specjalnie dużego wrażenia. Inna sprawa, że najczęściej trafiały albo koty ciężko chore, albo kalekie, albo malutkie (przecudny widok, kiedy kocur pozwala maluchom na ssanie :). I moje koty wiedziały, że nie należy ich ruszać, że trzeba spokoju.
Raz w czasie kocich walk oberwałam - Andek bardzo zawzięcie bił jakiegoś kota, tamten wrzeszczał (nie był to nowy kot w domu) potwornie, no więc ja odważnie Andka złapałam za skórę na karku, ten się wystraszył i drapnął mnie w oko (moja wina była i głupota).
I jeszcze jedno - im więcej było kotów, tym łatwiej przychodziło im zaakceptowanie nowego przybysza. I tylko jednego kota oddałam z tego powodu, że był agresywny - mój ukochany Jańcio - polował na wszystkich.

ariel

 
Posty: 17266
Od: Wto mar 15, 2005 11:48
Lokalizacja: Warszawa Wola

Post » Pt kwi 29, 2005 14:44

Kiedy rocznej Figuni przyniosłam 2-letnią Tosię Figa stanęła dęba, fuknęła, syknęła, nastroszyła ogon i uciekła. Tośka za to schowała się do wersalki na kilka dni, a za każdym razem kiedy usiłowała z niej wyjść "na pokoje" Figa ją ofukiwała, osykiwała i zaganiała z powrotem do wersalki. Po jakimś czasie zaczęły się ostrożnie sobie przyglądać, wąchać, ale jeszcze sycząc i fukając. Po jakichś dwóch tygodniach doszliśmy do relacji "możesz na mnie popatrzeć, ale raczej się nie zbliżaj". Jakoś wtedy Figa wpadła w depresję, ciągle spała, ignorowała moje próby zabawy z nią, zaczynałam się martwić poważnie (do dziś nie wiem co było przyczyną, czy Tośka czy może niedawno przebyta sterylka). Przełom nastąpił kiedy musiałam obie kotuchy zapakować do jednego transporterka i wywieźć do lekarza. Zaczęły się wzajemnie pocieszać i lizać sobie łebki! :1luvu: Stojąc na skrzyżowaniu na światłach o mało się nie popłakałam ze szczęścia! :D Teraz (po miesiącu) jest ok, znaczy bawią się, ganiają, uprawiają "zapasy", razem jedzą. Nie śpią razem, najbardziej zintegrowane są wciąż podczas wspólnych podróży, na zasadzie, że przeżycia traumatyczne zbliżają :D
Obrazek Tosia (za TM...) i Figusia:)
Obrazek
Obrazek

kasik30

 
Posty: 15017
Od: Pt lut 18, 2005 16:32
Lokalizacja: Łódź

Post » Pt kwi 29, 2005 16:02

Dzięki wszystkim, którzy opisali swoje dośwadczenia.. :D
Czekam na następnych.. :D

aamms

Avatar użytkownika
 
Posty: 26488
Od: Czw lut 17, 2005 15:56
Lokalizacja: Warszawa-Ochota

Post » Pt kwi 29, 2005 16:14

Na naszej stronie WWW, w dziale "Jak Hera i Dorina zaprzyjaźniały się", zapisywałem dziennik z zapoznawania się moich kotek. Trwało to ponad miesiąc.
Jeśli przyda się do czegoś, to można wykorzystać.

PS

Dziennik jest ilustrowany :)

Wojtek

 
Posty: 23864
Od: Śro wrz 03, 2003 3:43
Lokalizacja: Warszawa - Birmanowo

Post » Pt kwi 29, 2005 16:17

Pewnie, że się przyda.. :D :D Dzięki!! :D

aamms

Avatar użytkownika
 
Posty: 26488
Od: Czw lut 17, 2005 15:56
Lokalizacja: Warszawa-Ochota

Post » Pt kwi 29, 2005 17:24

Dopiszę i swoje przeżycia z wprowadzenia Sonki do domu, gdzie królowała Bajra.
Nie wiadomo od czego zacząć... Może parę zdań wstępu...
Kiedy na Okęciu wylądowała Sońka w domu były jeszcze 2 kociaki Bajry. Sama kocica siedziała w izolatce (bilblioteka), gdyż dostała rujki, a wówczas jej uczucia do maluchów zmieniaja się diametralnie - z troskliwej, czułej matki w straszną megierę, lejącą łapą, fukającą i prychającą.
Po 2 tygodniowej kwarantannie Sońki w sypialni została przyjaźnie przyjęta przez maluchy. Jednak dzień zapoznania jej z Bajrą zbiżał sie szybkimi krokami. Bajra nie jest zbyt gościnna (delikatnie mówiąc) do obcych kotów na jej terytorium. Czas spędzony z maluchami zowocował: Bajra nie "widziała" w Sońce obcego kota, wszystkie maluchy dostawały równo od kocicy.
Ale maluchy znalazły swoje domy i Sońka została sam na sam z Bajrą, która musiała być poddana starylizacji. I tu sie zaczęły prawdziwe problemy.
Po sterylce Bajry charakter zmienił sie nie do poznania - ze spokojnej, zrównoważonej kocicy stała się wredną, złą, nerwową i dość agresywną kocicą. Nie tylko do Sońki. Do mnie również. Patrzyłam z przerażeniem na to co sie w domu dzieje. Na szczęście Sońka ma taki charakter, że nie przejmowała się prychaniem, biciem łapą (na szczęście bez pazurów) i innymi objawami wrogości. Inaczej miałabym zastraszonego, zmaltretowanego kociaka.
Ja, niestety nie miałam tak stoickiego charakteru kiedy i w stosunku do mnie Bajra zaczęła zachowywać się w ten sam sposób jak do Sońki.
Po kilkutygodniowym okresie wyczekiwania - może zmieni sie, uspoki, przezwyczai - krótko mówiąc - wkurzyło mnie zachowanie Bajry. Zaczęłam udowadniać kocicy, że Sońka to nie ja. Na siłe, przytrzymywałam Bajrę w czasie czesania, brałam warczącą wściekle na ręce, przewracałam na grzbiet nie bacząć na wyraźne znaki ostrzegawcze. Natychmiast po puszczeniu Bajry z moich rąk, Sońka - o ile była w pobliżu - dostawała bęcki - w zastępstwie za mnie.
Ale... Po mału, dzień po dniu... Zachowanie Bajry zaczęło sie poprawiać. Zobaczyłam wyłaniającą sie spoza tego wściekłego, grożnego futrzaka, moją dawną Bajrę. Przyjście na kolana. Na sekundę. Sońka przechodząca 10 cm obok Bajry - Bajra nic. Sonka układająca się 10 cm obok Bajry - Bajra nic. Szczotkowanie Bajry - bez warkotów i wyrywania się.
Szczęka mi opadła gdy po raz pierwszy kocice - starszą i młodszą - zaczęły się bawić ze sobą. I naprawdę było to przyjacielskie tarzanie i podgryzanie a nie zaciekłe rwanie futra. Drugi opad szczęki zaliczyłam gdy po raz pierwszy Sońka - tak bardzo pchająca się do integracji - wylizała łepek Bajry a kocica tylko nadstawiała się z lubością (Co prawda małą często ponosi i lizanie kończy podgryzaniem, za co dostaje ochrzan od Bajry).
Dawna, kochana Bajra zrzuciła całkowicie wilcze przebranie po 4 czy 5 miesiącach od sterylki.
W chwili obecnej nie ma, co prawda, wielkiej miłosci ze strony Bajry do Sońki, ale jest wzajemna przyjaźń, tolerancja i wspólne zabawy (zachęcanie jest z obu stron do jej rozpoczęcia). Bajra nadal potrafi fuknąć czy warknąć na małą, gdy ta przekroczy bajrzyne normy czy granice, ale nie jest to częste i zawsze uzasadnione. Bajra jest na szczycie hirarchii - po mnie - oczywiście. Wiele razy Bajra okazała jak bardzo sie do tej nieznośnego rudzielca przywiązała - np. gdy Sońka źle się czuła w trakcie infekcjii jelitowej - Bajra często sprawdzała jej samopoczucie, podchodząc, pomrukując jak do kociaków. Zawsze po wystawach, Bajra wita Sońkę z widoczną radością, obwąchując, pomrukując, zachęcając do zabawy.
Bajra jest introwertyczką, wyrażającą swoje uczucia bardzo subtelnie, Sońka to skrajny ekstrawertyk. Woda i ogień w moim domu już nie wywołują ani powodzi ani pożarów. No, czasami szaro-rudy tajfun sieje niejaki zamęt podczas zabawy... Ale to zupełnie inna historia. :)

MariaD

Avatar użytkownika
 
Posty: 34630
Od: Pt mar 19, 2004 18:31
Lokalizacja: Warszawa-Mokotów

Post » Pt kwi 29, 2005 17:54

Z dotychczasowych wypowiedzi wynika jednoznacznie, że najbardziej potrzebny jest czas.. Przypadki pełnej akceptacji do razu albo po kilku dniach są zdecydowanie rzadsze..

Czekam na dalsze wypowiedzi.. :D Im więcej tym lepiej.. :D

Piszcie, piszcie, piszcie.. :D :D

aamms

Avatar użytkownika
 
Posty: 26488
Od: Czw lut 17, 2005 15:56
Lokalizacja: Warszawa-Ochota

Post » Pt kwi 29, 2005 20:04

Czy mam rozumieć, że reszta forumowiczów ma tylko po jednym kocie w domu.. :twisted:

aamms

Avatar użytkownika
 
Posty: 26488
Od: Czw lut 17, 2005 15:56
Lokalizacja: Warszawa-Ochota

Post » Pt kwi 29, 2005 20:34

Ja mam dwa ale one przyzwyczajaly sie do siebie bez problemu. Byly u nas natomiast nowe koty przejściowo niestety bo dwa dokocenia skończyły sie tragicznie dla nowoprzybylych i to z powodu FiP. Ale nowi rezydenci jak pamietam też były przyjmowane bezproblemowo.Teraz mamy nowego domownika i jest to mały mops-Budyń :D Ale tu jest przecież inna sprawa bo to pies i tu tak calkiem bezproblemowo nie idzie. W domu nigdy nie bylo psa i moje koty sa zbulwersowane troche jego żywotnością i "ruchliwym za bardzo jak na ich gust trybem życia Budynia. :wink: Ale agresji nie ma , mam wrazenie ze one wiedza że to maluch i mu pobłazają. Ptys jest troche zestresowany ale mam nadzieje że mu przejdzie, Mos nawet sie prubuje z Budyniem bawic ale jego zabawy typu wyskakiwanie zza firanki z impetem na psa nie sa zrozumiale dla Budynia a skoki i zaczepki szczekliwe naszego psa sa niejasne dla Mosia. Czy macie doswiadczenia z adaptacja szczeniaka przez rezydentow kocich? Moze poradzicie coś? :D
Żegnaj Budusiu......tęsknimy

moś

 
Posty: 60379
Od: Wto lip 06, 2004 16:48
Lokalizacja: Kalisz

Post » Pt kwi 29, 2005 20:46

Uważam ze przez pierwsze dni dwa trzy kot powinien poznać nowych właścicieli i nowy domek
Po tym okresie można zacząć oswajanie przybysza z rezydentem
Okres ten może trwać od jednego dnia do miesiąca( lub dłuzej :roll: )
Ja przyjmuje średnią dwa tygodnie 8)
Niewolno niczego robić na siłę koty same powinny znaleźć wspólny język oczywiście należy się, w troncic gdy zaczyna się dziać cos niebezpiecznego
"Nie szanujemy jakoś w ludziach miłości do zwierząt,pokpiwamy sobie z czyjegoś przywiązania do kotów.Czyż jednak nie jest tak,że najpierw przestajemy lubić zwierzęta, a potem-tracimy serce do ludzi?
Obrazek

zorro

 
Posty: 1536
Od: Sob gru 25, 2004 21:49
Lokalizacja: wrocław

[następna]



Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Blue i 31 gości