Chciałabym napisać dużo więcej, ale nie ma sensu przeciągać tej nikomu niepotrzebnej dyskusji. Jednak jest kilka kwestii, do których sie odniosę. Nigdy tego nie robię, ale skoro już sytuacja zaszła tak daleko - będzie też personalnie, choc jest mi bardzo przykro to pisać
Odnosząc się do posta Tabo10
Nie mam zamiaru odnosić się do innych kotów wyadoptowanych przed laty, nie z tego wątku, wyadoptowanych źle, czy dobrze. Nie to jest tematem tego wątku.
Chyba nie macie ambicji,by był to wątek złożony z samych achów i ochów,tudzież kciuków . Ileż można chwalić za to,co już dokonano Jeżeli coś piszę krytycznego,to dla dobra kota,nie by deprecjonować osiągnięcia.
Napisałam powyżej, że przyjmuje każdą krytykę, popełniam błędy i się ich nie wypieram. Ale Ty krytykujesz wszystko i wszystkich za wszystko. Nawet za tzw.
chwalenie. Ja też nie lubię jak się mnie chwali, ale jak ktoś chce to może wstawiać nawet milion serduszek skoro ma taka ochotę. Jeśli komuś się to nie podoba może tu nie zaglądać i się nie bulwersować serduszkami.
jasdor,po co mnożyć kolejne faktury za leczenie Puszkina,które do niczego nie prowadzi? A już boisz się ,że przerosną pulę zgromadzonych pieniędzy i znów będziesz musiała na niego żebrać? Za to ,co już wydałaś na niego ,mogła być zrobiona sanacja i kot mógł już dochodzić do siebie. Kolejny miesiąc ma podawane zastrzyki,które niczego, bez sanacji mu nie zmienią. Marzenia11 pisała Ci z miesiąc temu,że i zdrowy kot,który nie je i nie pije też da się wykończyć w ten sposób,nie musi to być kot z białaczką.
Widać, że nigdy nie miałaś do czynienia z
prowincjonalnym leczeniem kotów Fajnie jest sobie wybierać lecznice w stolicy, których jest bez liku, praktycznie na każdym zakręcie. Ja tutaj mam JEDNĄ sensowną i wetkę, która nie unosi się ambicją, że wszystko wie najlepiej, ale są granice, których nie wolno mi przekroczyć i muszę zdać się na nią. Wiem, co pisała Marzenia11 i doskonale to wiedziałam od początku, nawet bez jej wpisu. Wcale nie trzeba być alfą i omegą, żeby akurat to wiedzieć.
Puszkin to odosobniony przypadek w tym domu. Jest chory praktycznie od kiedy się tam pojawiłam. Do tego nie obsługiwalny i z dnia na dzień kontakt z nim jest coraz bardziej trudny.
24.11.2017 Kastracja i operacja przepukliny. Brzuszek musiał się zagoić i kot chodził w ubranku dość długo.
12/2017 - 01/2018 jego szyja została zaatakowana przez ogromne wyłysienia i strupy. Wyglądał okropnie i wszyscy uważali, że jest to spowodowane inwazją pcheł. W końcu na szyi zrobiła się ogromna rana, która była leczona
29.01.2018 - został z innymi kotami odrobaczony bo już trzeba było (Dehinel)
19.04.2018 - kolejne odpchlenie. Szyja zaczęła się goić, przez lato był jako taki spokój, ale problem wrócił i
08.09,2018 - dostał kolejną dawkę Controline. W tym czasie właśnie zaczął się też problem z zębami, wcześniej go nie było i
12.09.2018 - pojechałam do lecznicy. Dostał Lincospektin, który podawałam przez tydzień, po czym
17.09.2018 -
PRZESZEDŁ ZABIEG SANACJI I ZOSTAŁY WYRWANE TYLNE ZĘBY. Dziąsełka się wygoiły i nie było żadnych problemów. Wtedy też został wykonany test (FeLV+). Aby go potwierdzić
30.10.2018 - znów go zawiozłam i zrobiłam PCR żeby nie było żadncyh wątpliwości, wtedy już odmawiał jedzenia. Zostało też zrobione badanie krwi, żeby sprawdzić nerki i został podany steryd. Miałam zjawić się za 2 tygodnie. Wtedy właśnie kobieta złamała rękę i nie była w stanie nawet włożyć go do transportera, a ja nie dałam rady go złapać. Puszkin czuł się dobrze i jadł, nie było problemów. Przestał znowu jeść
25.12.2018 U nas nie ma całodobowych lecznic, a okres świąteczny i przełom roku jest trudny pod względem weterynaryjnym. Do tego za nic nie chciał dać się złapać, udało się dowieźć go do weta
31.12.2019 na kolejną wizytę. Dostał wtedy ponownie steryd, po którym jadł 2 dni, więc zabrałam go na wizytę
04.01.2019 - dostał wtedy lincospektin, który miałam podawać przed umówieniem się na zabieg, bo kot, który ma mieć zabieg ma mieć wcześniej podawany antybiotyk żeby podczas zabiegu już był zabezpieczony. Wtedy wsadziłam go do klatki, zdążyłam podać 2 zastrzyki i Puszkin z klatki nawiał, jak kobieta wkładała mu jedzenie. Od tego czasu i ja, i ona próbowałyśmy go złapać, jednak nic z tego nie wychodziło. Udało się dopiero
17.01.2019 - kiedy był już w takim stanie, że wetka zastanawiała się, czy uśpić go już dziś, czy poczekamy, co będzie jutro. W pysku była jedna, wielka krwawiąca rana i nie dało się pyszczka nawet otworzyć. Od tego czasu siedzi w klatce non stop, tydzień jeździłam na kroplówki, badania, zastrzyki, później dawałam sama, choć graniczy to z cudem. Dziś pojechałam do lecznicy na kolejny zastrzyk, bo nie udało mi się podać go osobiście. Ma mieć podawany antybiotyk jeszcze do wtorku, kiedy to mam go przywieźć na zabieg.
To, co przeszedł i nadal przechodzi ten kot (białaczkowy) i jeszcze żyje, a nawet ma się dobrze, choć jest zmęczony i wyczerpany, to chyba cud. Dziś nawet wetka, która potrafi jak nikt obsłużyć nieobsugwalnego kota nie obyła się bez ran i ma rękę zalepioną plastrami.
Myślę, że wyczerpująco i nie wiem, co mogłam zrobić wcześniej lub inaczej.
Boję się, że w końcu zwariuje w tej klatce, bo widać, że już wpada w depresję, a przed nim jeszcze minimum tydzień przy dobrych układach.
To tyle odnośnie faktur i leczenia Puszkina.
Już dawno też podawałam Wam namiar na kociego dermatologa dla Trisi,a dopiero dziś miała wizytę... A mieszka od dobrego dermatologa może km,może półtora...Przecież im dłużej będzie na tymczasie,tym więcej kasy pochłonie.
Trisia była u weta dwa razy. Miała zrobione badania, miała być zaszczepiona. Została zalecona obserwacja i karma, bo przypuszczalnie uczulało ją jedzenie. W międzyczasie Tobiś miał robione zęby, Joasia chodziła też do weta z maluchami. Oprócz tego pracuje. W różnych dniach i godzinach, a bywa, że i na 1,5 etatu. Do tego ma rodzinę, małe dziecko, własne wiyty u lekarzy i czasami nie jest w stanie NATYCHMIAST wybrać się do dermatologa.
egwusia, Twojego bezczelnego obśmiewania każdego z moich postów w tym wątku i wstawiania szyderczych emotikonów nawet nie skomentuję. To dopiero jest zero kreatywności ,a jedynie nastawienie na hejt. W niczym nie pomogłaś,a jedynie się czepiasz. Musisz być strasznie sfrustrowaną osobą. Współczuję.
Nie chcę na TYM wątku takich
wycieczek do osób, ktore w nim uczestniczą, a już na pewno podważania czyjejś pomocy, o której zupełnie nic nie wiesz, obrażania ludzi tu zaglądających i tych, które od czasu do czasu coś napiszą, bo mam wrażenie, że na tym wątku już nikt na wszelki wypadek nie chce się nic odzywać, bojąc się, że od razu zostanie zaatakowany cokolwiek by nie powiedział.
Nigdy nie porównuj losów kotów z tego wątku i kotów z Trzebiatowa, Baltimoore. To nie są "tak ekstremalnie trudne sprawy jak tutaj".
Koty z Krosna mają ciepły dom,kochającą ich panią,jasdor na każde kiwnięcie,weta,jedzenie i pomoc. Żyją w syfie i smrodzie,ale to tylko tyle. Chodź czasami ,jak widać,aż tyle,by takie życie było nie do zniesienia i koty wymagały pilnej pomocy.
No właśnie! Sytuacja nie do porównania, ale jak tam weszłam to pierwsza myśl, jaka mi przyszła do głowy to było - wypuścić te wszystkie koty na ulicę, bo tam przynajmniej znalazłyby lub złowiły coś do jedzenia. Nie wiem, czy ktoś z Was wcześniej dosłownie BRODZIŁ W KOTACH stłoczonych w pokoiku 2,5 na 3 m, bo wszystkie ile ich było zleciały się do jedzenia i łaziły jeden po drugim, żeby się dostać do karmy. TE KOTY UMIERAŁY Z GŁODU. I żadna kochająca pani nigdy nie zastąpi jedzenia. Z wdychania powietrza, w którym żyły, a do innego nie miały dostępu niektóre mają już na zawsze zagwarantowane choroby (Kropka, Pepe) a nie wiem, czy śmierć Boryska i Burci nie była właśnie spowodowana zatruciem oparami amoniaku, po którym wysiadły im płucka i serduszka. Te koty wcale nie miały lepiej niż te na ulicy. Zupełnie inne zagrożenia ale sprowadzające się do jednego - śmierci.
Wet, jedzenie i pomoc tutaj też nie biorą się znikąd. Liczę na to, że ktoś mi pomoże, bo nie dam rady zagwarantować im ani jedzenia, ani leczenia. Też mam nerkową, 11 letnią kotkę i też wiem ile to kosztuje. Powinnam dawno być z nią u weta, ale nie mam czasu dla swoich kotów, które jeszcze jakoś sobie radzą.
Na pewno nie zapomnę pomocy, którą od Ciebie otrzymały koty i będę za nią dozgonnie wdzięczna. Nie ma chyba potrzeby po raz kolejny opisywać sytuacji, bo wszyscy ją znają i wtedy TYLKO TY ofiarowałaś im pomoc. Dzięki TOBIE mają ogłoszenia, które robi ARCANA bez ustanku i profesjonalne zdjęcia, które funduje im MIMBLA. Gdyby nie to pewnie nie udałoby się wyadoptować żadnego kota.
Nigdy nikogo nie pouczam, niczego nie narzucam, staram się pomóc jeśli jestem w stanie, ale Tobie Tabo10 coś powiem : Zastanów się czasem nie CO piszesz, tylko JAK piszesz. Bo czasami to CO piszesz traci moc w sposobie, jakim to wyrażasz. Agresywny i pretensjonalny ton Twoich wypowiedzi wychodzi na pierwsze miejsce i tylko to rzuca się w oczy. Czasami mam wrażenie, że coś Ci akurat nie wyszło i przyszłaś sobie
ulżyć.
To był jedyny taki post w moim wykonaniu i nigdy więcej nie będę się odnosić do niczyich pretensji.
Nie piszę książki o kotach, w której miałabym przekazywać informację o każdym telefonie, o przebiegu rozmowy, o wizytach - kto, gdzie z kim był i kiedy i o czym rozmawiał, bo uważam to za zbędne. Choc i tak z historii tych kotów zrobiła się już niezła trylogia i końca nie widać.
Jest nam tu ciężko pod każdym względem i gdyby te koty nie pojechały do Warszawy, to nie miałyby szans na adopcję, albo trafiłyby bardzo źle.
I tym optymistycznym akcentem skończyłam wreszcie, można wyrażać swoje ochy i achy, jak tylko ktoś ma na to ochotę. Nie lubię tego, bo gdyby KAŻDA Z WAS znalazła się na moim miejscu, to zrobiłaby TO SAMO co ja i ratowała te koty z całej siły. Nie uważam się za kogoś wyjątkowego oprócz tego, że może mam więcej empatii niż inni otaczający nas ludzie.
Dobranoc
