Cincia w domu.
Powinnam była nagrać filmik, bo zdjęcia nie oddadzą tego, jakie było powitanie. Wbiła się na kolana pani, przytulanie, ugniatanie, mruczenie, wyginanie, baranki na całego. Przykleiła się do niej całą sobą. I to o to chodziło.
Niestety żadna lecznica, żadna kociarnia, żaden inny człowiek by nie podołał.
Lekarz mówił, że jakiekolwiek czynności, już nawet samo otwieranie klatki powodowało, że sikała i robiła kupkę ze strachu. Dostawała napadów duszności i robiła się fioletowa, siniała.
Wszystko, co mogli zrobili, RTG, wycinek, badanie krwi (testu nie zrobili) Dostała na powitanie dużo surowego mięska, które pochłonęła natychmiast, a w lecznicy wydawało się, że się zagłodzi.
Niestety to była jedyna z możliwych opcji, a pani stwierdziła, że jak ma ją karmić na polu to może ją karmić w domu, bez różnicy.
Siedzi sobie na razie w klatce, koty ją olewają, ona ich też.
Nawet ja dostąpiłam zaszczytu głaskania jej. Chyba z tej radości nie wiedziała, że ja też ją głaszczę.
Lekarz powiedział, że nie ma opcji powrotu na ulicę, bo nie przeżyje.

Wyniki badania krwi ma jak na swój stan całkiem niezłe.
Usunęli jej ostatni kieł, jaki pozostał, bo był cały zaropiały, więcej ząbków nie miała

Jeśli chodzi o te zmiany na języczku to trzeba zaczekać na wyniki badania. Może to być wszystko. Zminay nowotworowe, łagodne lub złośliwe, ale może też to być spowodowane ciężką wirusówką, którą kiedyś przeszła.
Póki co jest lepiej niż się spodziewałam.