Moj kot wczoraj odszedl...Punia [^]

blaski i cienie życia z kotem

Moderatorzy: Estraven, Moderatorzy

Post » Nie gru 23, 2018 7:44 Moj kot wczoraj odszedl...Punia [^]

Witam
Przezylam traume. Wczoraj musialam uspic ukochanego kota. Wiedzialam ze to przezyje, ale nie az tak. Caly dzien plakalam a dzisiaj obudzilam sie z poczuciem winy i zalem. Kot byl z nami 18 lat, od malenkosci. Zostal uratowany, wziety 'z ulicy' w zlym stanie, inaczej by nie przezyl. Cale zycie pozostal w czesci dziki, ale przez ostatnie kilka lat nastapila ogromna zmiana-zaczal sam przychodzic, tulic sie, siadac na kolana. Mial piekne zycie, byl pieknym i silnym, niezaleznym kotem o cudownym pyszczku, cudownych oczach, pieknej siersci(ktorej na starosc juz nie myl, zaczely robic sie klaki) i pieknym, cudownym dzikim, caly czas troche dzieciecym serduszku, cale zycie przezyl jak maly kotek, rozpieszczany przez 'rodzicow' ze wszystkimi wygodami, frykasami, w ciepelku, bez cienia stresu. Byl szczesliwy.
Zdrowie zaczelo szwankowac juz jakis czas temu. Jako ze byl zawsze troche dziki, panicznie bojacy sie wyjscia z domu dalej niz na daszek za oknem, oszczedzalismy wizyty u weterynarza do minimum. Zaluje tego teraz. Trzeba bylo kontrolowac jego zdrowie caly czas. Ale balismy sie, ze w tym wieku wyjscie z domu i stresujaca wizyta moze skonczyc sie nawet zawalem. Chronilismy go jak male dziecko przed jakimkolwiek stresem.
Stopniowo prze ostatni rok chudl, zaczal mizerniec z wygladu, siersci prawie nie myl-choc nigdy nie byl czyscioszkiem, ale caly czas mial swietny apetyt, okresowo pojawialy sie klopoty pokarmowe, ale mijaly. Biegal, byl czasami tak zywy jak kociak, bystry, smialismy sie ze nas przezyje. Byl to silny, duzy kocur.
Prawdziwe problemy pojawily sie przez ostatni tydzien. Jako ze nie mieszkalam juz z nim od paru lat(choc dosc czesto przyjezdzalam) , mieszkal z rodzicami, to wiedzialam ze jest coraz gorzej. Slabnie, zrobil sie osowialy, apatyczny. Ozywial sie tylko momentami. Calymi dniami i nocami spal przy grzejniku w kuchni, nawet nie wchodzil do pokoju.
Przestal jesc karme mokra kilka tyg temu. Nie chcial jej tknac. Rodzice dawali mu surowe i gotowane mieso ktore palaszowal ze smakiem. I cos czego nie moge sobie teraz wybaczyc - watrobke wieprzowa. Nie mowcie mi prosze ze to byl blad. To nie ja ja podalam, wszystko mozna zrzucic na ignorancje, o kotach trzeba czytac, jak sie kogos kocha to trzeba dowiadywac sie u zrodel, u weterynarzy jak sie opiekowac kotem w dodatku starym. Zaczal miec powazne problemy pokarmowe. Nie wiem czy od podania watrobki czy czego...nie bylo mnie wtedy na miejscu. Z relacji rodzicow slyszalam ze slabnie. Zrzucalismy to na karb starosci. Ciagle chcialam, bysmy poszli do weterynarza, i wyrzucam sobie ze nie podjelam meskiej decyzjo wczesniej. Kupy zaczal robic poza kuweta, rzadkie albo wodniste z czyms twardym w srodku. Zaczal malo jesc i duzo pic. Typowe objawy zaparcia.
Bylo tak ok tydzien. W koncu namowilam rodzicow bysmy poszli do wet. Postraszylam, bo zaczelam czytac o jego objawach. Bylo to teraz czyli w okresie swiatecznym.
Wet zbadala kota, nie chciala robic badan krwi, bo powiedziala, ze to bedzie zbyt stresujace dla niego bo trzeba ogolic lapke. Tak naprawde tez chciala go odeslac gdzies indziej, bo po rozmowie tel stwierdzila ze beda moze porzebne codzienne kroplowki a gabinet w swieta nieczynny. Zbadala go palpacyjnie, obejrzala oczy-okazalo sie ze jest bladziutki, anemiczny. Z wywiadu stwierdzila, ze to najprawdopodobniej zaparcie kot ma w srodku cala mase kalowa ktorej nie moze wydalic. Podalismy kroplowke, leki pbolowe, witaminy, nospe. Zapisala laktuloze.
W domu kot dostal laktuloze, ale czul sie coraz gorzej. Chodzil z wyprezonym grzbietem, ze strzykajacymi juz lapkami, niezdarnie. Pil caly czas wode. Nie moglam patrzec na to cierpienie, starosc polaczona z choroba, jeszcze z czyms tak niebezpiecznym. Zaczelismy szukac o sposobach na zaparcia u kotow, o mozliwosci lewatywy, czegokolwiek. Zdecydowalismy ze nazajutrz znowu pojdziemy do weterynarza, nie bylo na co czekac, kot coraz gorzej sie czul. Wczoraj rano pierwszy raz od miesiecy wstal ze swojego ulubionego kuchennego krzesla i poszedl po schodach do gory najpierw do mamy do lozka, potem do mnie. Masowalysmy go po brzuszku co wczesniej bylo u niego nie do pomyslenia. Dawal sie. Czulam, ze cierpi a nie moglam mu pomoc, cierpialam razem z nim, czuwalam przy nim, glaskalam, mowilam i delikatnie masowalam brzuszek.
Czekalam niecierpliwie na 10 bo wtedy otwierano gabinet wet. Zdecydowalismy isc do innego wet, takiego z wiekszym doswiadczeniem ktory widzial jyz naszego kota. Zrobic dokladniejsze badania, lewatywe cokolwiek.
Na nieszczescie w poczekalni przed nami byly 2 glosno szczekajace psy. Bylam w takim zlym stanie, ze zaczelam prosic ludzi, zeby nas przepuscili, kotek jest zestresowany, przerazliwie miauczal. Glupio z mojej strony-moze, ale bylam zdesperowana. Ludzie z psami zaczeli krzyczec na mnie i moja mame, uciekysmy stamtad. Chcialam zeby kto sie jak najmniej i najkrocej stresowal. Musislysmy jechac gdzies indziej, mama byla cala zestresowana, zla, krzyczala, to nie pomagalo. Ja bylam w ogromnym stresie. Pojechalysmy do wet z wczoraj ale nas odeslano do innego gabinetu ktory mial byc czynny w swieta. Znowu. Nawet nie obejrzano kota. Nie doradzono nic.
Musialysmy jechac do kolejnego nieznanego miejsca gdzies na drugi koniec miasta. Cale szczescie nie bylo kolejki.
Starszy pan doktor byl malomowny. O nic za bardzo nie pytal. Zbadal kota palpacyjnie. Zrobil usg. Kolejna trauma trzeba bylo trzymac kota w nienaturalnej pozycji a najpierw ogolic na brzuszku. Bardzo sie stresowal. Na usg stwierdzil ze prostnica jest pusta. Ze nerka jest bardzo zmieniona.
Badania krwi. Okazalo sie ze nerki praktycznie nie funkcjonuja. Faktycznie z tego co widzialam kot sikal, ale woda. Krew bardzo gesta, praktycznie bez surowicy. Leukocytoza. Doktor stwierdzil, ze nie ma ratunku. Uwierzylismy mu. Juz rano zaczelam godzic sie z mysla, ze uspienie moze byc najlepsza decyzja. Kot jest zbyt wiekowy, tak myslalam i tsk nam powiedziano.
I teraz pojawia sie u mnie poczucie winy. Kac moralny. Uczucie zdradzenia najblizszego przyjaciela i traumatyczne przezycie, wszystko dzialo sie w wielkim stresie.
Nie mam teraz sily pisac o samym uspieniu jest to dla mnie zbyt trudne. Zdecydowalismy, ze zrobimy to jak najszybciej...
To bylo zbyt szybkie. Zbyt gwaltowne.
Wet nic nie wytlumaczyl. Ja dopytywalam czy to nie bedzie bolalo, jak to bedzie wygladalo. Nie wiedzialam ze bedzie znowu golil lapke i wkluwal sie dozylnie. Teraz czytam ze robi sie to zastrzykiem domiesniowym. Kot wyrywal sie, miauczal, nie chcial........straszne.......uspokajsltsmy go, bylysmy przy nim sle co z tego....wyrzucam sobie teraz ze to tak przebieglo. Jest mi tak ogromnie zal. Nie chce nawet pisac ze trucizna podana najpierw nie zadzialala. Kot jyz spal, ale po podaniu srodka usmicajacego oddychal. Musial podac pozniej domiesniowo. I tez nie zadzialalo. I wyblagalismy, zagroziltsmy ze nie pojdziemy dopki nie skonczy oddychac, zeby znowu podal dozylnie, zeby juz to wszystko skonczyc. Kolejny wielki stres ktory bedzie sie na mnie chyba dlugo odbijal.
Po drodze tyle bledow...niepewnosci czy to byla wlasciwa decyzja. Chcialam by byl uspiony w domu, bez swiadomosci...a on byl w stresie, przerazony...wyrzucam sobie to. Czuje sie okropnie. Czuje sie zbagatelizowana przez wetow. Jakby moj ukochany piekny wyjatkowy kot nie byl dla nikogo tak wazny. Czuje sie zla na siebie. Czuje ze na wielu etapach popelnilam jakus blad mimo ze chcialam jak najlepiej. Ze zaufalam niewlasciwym ludziom. Ze jego smierc mogla wygladac troche inaczej, w spokoju, nieswiadomie. Ale mimo ze prosilam o to mame, to uslyszalam ze histeryzuje i ze chyba zwariowalam bo nikt tak nie robi. Teraz czuje sie strasznie

Kaylal

Avatar użytkownika
 
Posty: 5
Od: Nie gru 23, 2018 6:33

Post » Nie gru 23, 2018 20:23 Re: Moj kot wczoraj odszedl...Punia [^]

Wyobrażam sobie, co czujesz - mam kotkę z chłoniakiem, jest na sterydach, ale wiadomo, że w pewnym momencie czeka mnie to, co Ty już przeszłaś. Nie wyrzucaj sobie, Twój kot przeżył szczęśliwie 18 lat, był kochany i rozpieszczany. Niestety, nie zawsze jesteśmy w stanie pomóc, a weci nam tego nie ułatwiają. Mieszkam w Łodzi, tu przynajmniej wetów jest sporo, ale w mniejszych miejscowościach jesteś często skazana na niewielki wybór - niedawno Anna2016 przeżyła podobną historię w Elblągu, niby to spore miasto, a w końcu zostawiono ją z umierającą kotką samą.
Oczywiście trzeba koty badać, ale przy dzikusach zawsze jest ten dylemat, czy stres związany z wizytą i profilaktycznym badaniem nie jest gorszy, jeśli nie ma wyraźnych oznak choroby. Też mam w domu takie dziczki i wiem, że to trudny wybór.

Niewydolność nerek to częsta kocia przypadłość, powinna była ją zdiagnozować wetka przy pierwszej wizycie. Czy była to niewydolność, czy też choroba nerek rozwinęła się wtórnie do choroby pierwotnej. To już teraz nie ma znaczenia, ale moim zdaniem weci po prostu nie potraktowali kota właściwie. A ludzie z psami u weta nr 2 okazali się nieludzcy. :(
Mogę ci tylko powiedzieć, że Twój kotek i tak miał szczęście i był z Tobą tyle lat. Spotkacie się kiedyś i wszystko mu wyjaśnisz, zresztą on i tak wie, że bardzo go kochałaś. A on kochał Ciebie. :201461

jolabuk5

 
Posty: 15527
Od: Nie paź 16, 2005 14:56
Lokalizacja: Łódź

Post » Pt gru 28, 2018 21:26 Re: Moj kot wczoraj odszedl...Punia [^]

Dziękuję za dobre słowa. Wciaż jest mi ciężko.

Obrazek

Śpij słodko mój mały Aniołku [*]

Kaylal

Avatar użytkownika
 
Posty: 5
Od: Nie gru 23, 2018 6:33


Post » Pt gru 28, 2018 23:28 Re: Moj kot wczoraj odszedl...Punia [^]

[*][*] najwazniejsze, ze juz nie cierpi

kwiryna

Avatar użytkownika
 
Posty: 1820
Od: Sob lip 23, 2016 9:36
Lokalizacja: Warszawa mokotów

Post » Sob gru 29, 2018 8:38 Re: Moj kot wczoraj odszedl...Punia [^]

Zdjęcia z czasów szczęśliwych.
Jakie to szczęście było z Toba być

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Kaylal

Avatar użytkownika
 
Posty: 5
Od: Nie gru 23, 2018 6:33

Post » Sob gru 29, 2018 8:47 Re: Moj kot wczoraj odszedl...Punia [^]

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Kaylal

Avatar użytkownika
 
Posty: 5
Od: Nie gru 23, 2018 6:33

Post » Sob gru 29, 2018 15:31 Re: Moj kot wczoraj odszedl...Punia [^]

Piękny kotek, bardzo Ci współczuję. Na parapecie widzę bardzo szkodliwe dla kotów rośliny, uważaj na przyszłość.

ewar

 
Posty: 45405
Od: Wto lis 06, 2007 20:17
Lokalizacja: Stalowa Wola

Post » Sob gru 29, 2018 17:11 Re: Moj kot wczoraj odszedl...Punia [^]

Cudny kot. I wielka miłość. :1luvu:

jolabuk5

 
Posty: 15527
Od: Nie paź 16, 2005 14:56
Lokalizacja: Łódź

Post » Sob gru 29, 2018 17:19 Re: Moj kot wczoraj odszedl...Punia [^]

Piękny kotek, widać, że bardzo się kochaliście :1luvu: i że był szczęśliwy :1luvu:
Kiedyś też wepchnęłam się przed ludźmi w poczekalni do weta, z kotką z zatorem stan nagły, tylko że oni byli cicho i uprzejmie mnie przepuścili....jak teraz to wspomina, to nawet dwa razy tak było...a tamci, co krzyczeli na Ciebie - kiedyś los im to 'zwróci' wtedy - kiedy ich zwierzęta będą w poważnej potrzebie....

Anna2016

 
Posty: 1881
Od: Pt lut 12, 2016 17:41

Post » Sob gru 29, 2018 17:59 Re: Moj kot wczoraj odszedl...Punia [^]

Lepiej - kiedy Oni Sami będą w poważnej potrzebie. Zwierzęta nic nie winne, to nie one krzyczały.

jolabuk5

 
Posty: 15527
Od: Nie paź 16, 2005 14:56
Lokalizacja: Łódź




Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Anna2016, Majestic-12 [Bot], małgo, nyoe, Ziemosław i 30 gości