Wczoraj o mało nie zeszłam na zawał przez Fumka..
Wieczorkiem, po kolacji kociska poukładały się do spania..
Fumek wygryzł Mrówkę z jej kocyka na półce i zasnął tam.. Odwrócony był do ściany, więc podeszłam i pogłaskałam..
Leży bez ruchu..
Pogłaskałam jeszcze kilka razy i nic..
A zawsze wyciągnięcie ręki w jego stronę powodowało wściekłe fuczenie i ucieczkę..
Spróbowałam wziąć na ręce.. ruszyłam bezwładną szmatkę..
Lekko potrąciłam.. szmatka nadal bezwładna..
Cholera.. umarł..

tylko co mu się stało..
wprawdzie zawsze był mniejszy i sporo mizerniejszy od brata, ale żeby tak nagle.. przecież jeszcze kilka minut wcześniej całkiem nieźle rozrabiał z Ptyśkiem..
Już zaczęłam się zastanawiać co zrobić z martwym kotem i czy przypadkiem nie powinnam zawieźć go do weta.. na sekcję.. bo cholera, może jakiś wirus alboco.. i co z moimi kociskami..
Na wszelki wypadek potrząsnęłam kiciem troszkę porządniej..
Wtedy zerwał się jak oparzony, nafuczał na mnie i zwiał..
Kochany kotecek po prostu zasnął zmęczony zabawą z braciszkiem..
uff..
Ale co przeżyłam , to moje..
