Witaj PixieDixie!
Nie musisz ze swoim stadem przycupać. Rozsiądźcie się wygodnie i czujcie, jak u siebie. Wszyscy są mile widziani.
Prawda jest taka, że wszystkie koty są piękne, ale na urok osobisty ragdolli nie jestem w najmniejszym nawet stopniu odporna. To słodziaki. Są równie piękne, jak przymilne. Mają zazwyczaj bezpośrednie charaktery. I wtedy, gdy patrzy się w niebieskie oczy takiego Orinka, plany hodowlane stają się niewiele znaczącą mrzonką i nie sposób, w bezpośrednim kontakcie, odmówić mu łapki Florci.
A Florcia starannie dba o utrzymanie równomiernego poziomu napięcia w mojej głowie. Aż czuję, jak mi przez mózg przepływa elektryczność. I solidnie kopie.
Jak wczoraj po południu odbierałam kocinkę po kryciu, Ewa wręczyła mi torbę z naszą wałówką. Trochę z niej ubyło ciężaru, ale podobno, głównie dzięki staraniom Orinka. Czyli moja Florcia nie jadła. Na tę wieść aż cała ścierpłam, a moja ręka zaczęła bezwiednie poszukiwać w naszym transporterze sterczącego kociego kręgosłupka. Od razu postanowiłam też sobie, że bezpośrednio po powrocie w domowe pielesze wydam wystawną kocią ucztę, żeby odpaść nieco mojego głodomora. Tak też zrobiłam. Gustawek i Orbinio, pokonawszy całą procedurę wąchania i wylizywania Florci, udali się do kuchni, gdzie objedli się niemiłosiernie, jak prosięta. A Florcia nie. Odmówiła spożycia, chociaż otworzyłam i wołowinkę Almo Nature i Animondę Feinsten dla kociaków - jej ulubione danie, a w końcu w desperacji, dołożyłam również puszkę łososia Cosmy. Wszystko to podałam na białej kociej porcelanie. I z rączki też próbowałam. Nawet pod stół za nią się wczołgałam z tymi frykasami. I nic. Dzisiaj dziczki przy śmietniku objadły się za to do rozpuku. A Florcia jeść nie chciała. Złapałam drania na kolana i mimo stawianego niewielkiego oporu, przemocą wcisnęłam do buzi przynajmniej witaminy Calo-Pet. Ja rozumiem, że zakochanie gorsze sr., ale są przecież pewne granice. Można myśleć o miłości, nie zaniedbując zachowań koniecznych do fizycznego przetrwania organizmu! Nie wspominając już o organizmie potencjalnie ciężarnym... A kociego niejedzenia boję się panicznie, bo mam traumę po głodówkach Maurycego. Pomyślałam jednak, że jakoś spróbuję się wstrzymać z nocną wizytą u weta i żądaniem podania kroplówki, bo taka wyprawa jeszcze bardziej zestresuje małą. Na szczęście rano, wskutek moich usilnych próśb i błagań za łzami w oczach, Florcia liznęła trochę puszki z łososia i dopchała kilkoma ziarenkami suchego Canagana. Na obiadek zjadła już nieco więcej, a teraz pojawia się w kuchni cyklicznie, jak kometa i za każdym razem gmera w miskach. Które oczywiście stoją w gotowości cały czas. Czyli powoli dochodzi do siebie...
Ja również potrzebuję czasu, żeby dojść do siebie. Muszę się od nowa przyzwyczajać do normalnego funkcjonowania przy małej ilości snu. Póki co ziewam, jak lwica, a myśli nie przepływają przez umysł swobodnie, tylko skrzypią i są niekonkretne, rozmyte... Rano omal nie zaspałam na dyżur na NPLu. Nastawiłam budzik w telefonie, a jakże, na czwartą trzydzieści. Ale on, prawowierny, w dni świąteczne potrzebuje specjalnego nastawiania. I nie zadzwonił wcale. Jak otworzyłam oczęta o piątej, to wyskoczyłam z łóżka, jak oparzony akrobata cyrkowy. Musiałam zająć się kotami, zostawić porządek, powiesić pranie, wstawić następne, przygotować dzieciom śniadanie, zrobić obiad, ogarnąć siebie, odnaleźć spokój i zdążyć dojechać do pracy na siódmą. A mam do mojej przychodni dwadzieścia trzy kilometry. Błogosławiłam w duchu kolejno wszystkie koniki mechaniczne pod maską oraz policję, za nieobecność dziś rano ani na Trasie Toruńskiej, ani na S1. Nowe autko ma cudowne możliwości dowiezienia mnie na czas, nawet, gdy wyjadę skandalicznie późno.
A w pracy się nie nudziłam. Oprócz pacjentów kaszląco - kataralnych, przyszło kilka osób migoczących przedsionkowo... Trzeba było negocjować z pogotowiem żeby tych ludzi po kolei odwoziło do szpitala. Bo nie dla wszystkich jest oczywiste, że migotanie przedsionków może przejść w migotanie komór i znaleźć smutny epilog w kostnicy.
Najadłam się strachu, bo idąc do pracy, musiałam zostawić dzieci same w domu. Niby Julek ma już prawie czternaście lat, a i reszta jest rozsądna, ale to jednak są jeszcze dzieci. Nie było jednak wyjścia, bo babcia Marysia już u nas przecież nie pracuje, a TŻta nie było. Na szczęście towarzystwo spało do dziesiątej, potem zjedli śniadanie, wygłaskali koty, obejrzeli film, pograli w planszówki i ani się nie obejrzeli, jak byłam spowrotem. Okazało się, że kolejne pranie zostało powieszone, a śmieci wyniesione. Więc jest nieźle.