15 letni kocur z wysokim mocznikiem i tłuszczakami- POMOCy.

rozmowy o cukrzycy i niewydolności nerek u kotów

Moderator: Moderatorzy

Regulamin działu
Uwaga! Porady na temat leczenia udzielane są na podstawie pk.13 regulaminu forum.

Post » Sob lis 17, 2018 11:34 15 letni kocur z wysokim mocznikiem i tłuszczakami- POMOCy.

Będzie to jeden z tych tematów w którym, ludzie pierwsze co napiszą to to, że zabijam kota i czy " sama sobie bym tak zrobiła". Więc jeżeli po przeczytaniu mojego posta, odczujesz chęć wylania żółci ( lub mocznika heheeh) to przeczytaj jeszcze raz, drugi a nawet trzeci, przełknij swój jad i napisz mi coś, co mi POMOŻE.

Mam kota, kocur urodzony 2003-4r więc dziś to już staruszek. Domowy, balkon to jego podwróko więc długożytni.
Od małego kociaka miał lekkie problemy - został znaleziony na ulicy, ma ułomny węch i jak był mały, miał problem z biodrem. Resztę dziesięciu lat przechodził normalnie, węch mu nie powrócił i raczej nie powróci.
4 lata temu zaczęło mu walić z pyska, zabrano go do weterynarza gdzie stwierdzono kamienice na zębach i stan zapalny dziąseł. Dodatkowo zrobiliśmy badanie kontrolone, bo mój kot uważa weterynarza za ostrzałkę dla zębów, więc przy okazji załatwiliśmy dwie rzeczy. Plus, do odkamieniania trzeba go przyćpać.

I co wyszło? A że ma problem z nerkami. I to spory. Ponoć miał przekroczoną normalną ilość mocznika o 120%, ile w tym prawdy, nie wiem. Byłam wtedy w liceum a rodzice uważali że
" Oni płacą, oni decydują"
więc nie pozwalali mi zobaczyć tych wyników. Dowiedziałam się tego od swojej siostry, która jeszcze mi powiedziała, że zabieg dla takiej diagnozy to trzy dni kroplówki po 15 minut. Jak już powiedziałam, kot nie pozwalał sobie na wiele u weta, więc troszeczkę mało nas to ucieszyło.

Mijały miesiące a rodzice żyli w przeświedczeniu
" jutro pójdę z kotem do weterynarza" ( " jutro zacznę dietę").

Co z tego że czasami jęczał kiedy oddwał mocz bo.. nie mógł. Albo sikał pod siebie bo nie zdążył. Dopóki krew nie leci z oczodołów to nic mu nie jest. Próbowałam go zabrać ale kończyło się to awanturą z wyrzutami sumienia " dostanie zawału serca i będzie to twoja wina" etct.

Zaczęły pojawiać się kulki pod skórą. Jedna, dwie, trzy. Gdy zaczeły być bardziej wybrzuszeniem, zabrali go w panice do weta. Ale ale, nie po to by dać mu te kroplówki i skończyć ten cyrk, tylko po to aby wet stwierdził że to tłuszczaki prawdopodobnie i przy jego stanie jak i wieku, operacja może być średnim pomysłem. Uradowani od drzwi mi o tym powiedzieli w charakterze
" mamy rację, kot jest zdrowy, ty się czepiasz".

Nie wspomnieli jednak o tym że te łuszczaki to jedna z oznak złej gospodarki wodnej w ciele kota. To, już sama wyczytałam.

Kulki zaczęły rosnąć.
Mocznik nadal wysoki.
Z japy wali jak z murzyńskiej chaty.


Kiedy poszłam pierwszy raz do pracy ( Przez rok walczyłam z poważnym załamaniem nerwowym) czyli rok temu ( Czyli, kot się męczy ponad 2-3 lata) i zaczęłam zarabiać swoje pieniądze ( jeżeli możnabyło to nazwać pieniędzmi) uznałam, biorę kota " Ja płacę, ja decyduje".
" To nie twój kot"
w dokumentach pisze co innego ( Jep, moc prawna 5 latki),
"Zabijesz go"
przynajmniej będzie to szybsze niż to co teraz się dzieje.
Wojna trwała trzy dni, zamówiłam nawet już u weterynarza termin na kroplówkę, wolne w pracy, wszystko.
I nie dałam rady. Po prostu, atakowana z każdej z stron, wieszanie na mnie psów, robienie ze mnie najgorszego człowieka przez każdego z członków rodziny ( Ba, nawet siostry która z nami nie mieszka).

Powiedziałam rodzicom - umywam ręce. Jak będzie zdychał w męczarniach będę wam to wypominać, jak będzie trzeba go uśpić, wy pójdziecie- po prostu nie mogłam. Miałam tysiąc innych problemów na głowie, słowa własne zdrowie psychiczne jak i fizyczne, problemy z maturą.

I dziś. Rośnie mu chyba z 20 tłuszczak, teraz przy kręgosłupie zaraz przy początku ogona, przez co głaskanie czy lekki kontakt, kończy się skrzywieniem dolnej partii ciała. Ma tłuszczaki pod szyją, pachami, brzuchu, karku.

Pomóżcie, bo ja nie wiem co mam zrobić. Nie mam nawet jak kota uprowadzić przez 3 dni bez ich zauważenia, jedyną opcja jaka mi została, to zadzwonić do weterynarza na wizytę domową wtedy, kiedy w domu nikogo nie będzie. A prawdę mówiąc nie wiem czy ja i weterynarz, sami damy sobie z nim radę, plus.. Jestem na stażu, czyli 900 zł miesięcznie. A po moich wydatkach, bez których nie mogę żyć, to ok 500-600 zł.
Cokolwiek. Domowe sposoby, nie domowe, żarcie, woda, masaże, wyssyanie jak po ugryzieniu węża. Jestem w tym bagnie sama, kiedy mówię o problemie jestem tą co
" chce aby kot jak najszybciej zdechł"
albo
"wypominam im jakimi złymi właścicielami są"
dostaje nawet odpowiedzi
" Dobrze, pójdę z nim jak będę mieć wolne"
.... I nie idą.

Mk5,9

 
Posty: 1
Od: Sob lis 17, 2018 10:57



Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Ghiaa i 12 gości