Historia ku przestrodze; prośba o komentarze

rozmowy o cukrzycy i niewydolności nerek u kotów

Moderator: Moderatorzy

Regulamin działu
Uwaga! Porady na temat leczenia udzielane są na podstawie pk.13 regulaminu forum.

Post » Pt maja 11, 2018 15:37 Historia ku przestrodze; prośba o komentarze

Szanowni Państwo,
niestety trafiłam na to forum dopiero gdy życie naszego ukochanego Przyjaciela zostało zakończone.. przeczytałam wiele wątków i cały czas zastanawiam się co jeszcze można było zrobić. Przytoczę więc Państwu naszą historię.
Mimi skończyłby we wrześniu 6 lat, był kotem wychodzącym. Był dla nas jak członek rodziny i wciąż nie możemy się pogodzić z jego odejściem. 3 kwietnia podjęta została decyzja o zawiezieniu Mimiego do weterynarza, ponieważ byliśmy zaniepokojeni nagłym spadkiem jego wagi i nieco apatycznym zachowaniem. Wizyta miała miejsce w lecznicy weterynarza, który opiekował się naszym kotem od samego początku. Kastrował go, szczepił, odrobaczał, opatrywał gdy Mimi kiedyś wydrapał sobie ranę na karku oraz uratował go, gdy ten w 2015 roku zatruł się w ogrodzie Funabenem. Mieliśmy więc do niego pełne zaufanie. Lekarz wykonał badania krwi i wydał trzy hipotetyczne diagnozy: nowotwór, białaczka, zatrucie. Wyniki wklejam poniżej:
https://imgur.com/caHN23W
https://imgur.com/kHIx0fs
Niestety, lekarz nie wykonał żadnych innych badań, które mogłyby wskazać, która z hipotez jest najbardziej prawdopodobna a tym samym wskazałyby kierunek i sposób leczenia. Poprzestano na podawaniu antybiotyku (na niezlokalizowany stan zapalny) oraz leku na wytworzenie czerwonych krwinek (w związku z anemią). Leczenie polegało na kilku kolejnych wizytach i zastrzykach. Niestety, stan kota się nie poprawiał. Wręcz przeciwnie, Mimi stracił apetyt, wymiotował. Po ponad tygodniu rodzice zaczęli nalegać na zmianę podejścia co zaskutkowało pozostawieniem kota „na obserwacji”. Było to w środę 11 kwietnia. Planowo kot miał pozostać tam do następnego dnia, obserwacja jednak przeciągała się – ostatecznie odebraliśmy go, na naszą prośbę, w sobotę, lecz z zastrzeżeniem, że w poniedziałek kot ma wrócić do lecznicy. Czy obserwacja przyniosła efekty? Tak – kot niemal zupełnie przestał jeść, pił tylko wodę. Nikogo to nie zaniepokoiło, nie podjęto żadnej próby poprawy jego samopoczucia, wreszcie – nikt nie wpadł na pomysł, że zwierzę po prostu jest skrajnie zestresowane sytuacją i pobyt w lecznicy zwyczajnie mu nie służy. Gdy tylko w sobotę przynieśliśmy go do domu, rzucił się na jedzenie i domagał się go przez cały dzień. Dlaczego obserwacja tak się przedłużyła? Ponieważ w czwartek zostało wykonane zdjęcie RTG (po 10 dniach!) i lekarz orzekł, że powodem złego stanu naszego pupila jest „zator” w jego jelitach spowodowany zbitymi kłaczkami. Jest to rzeczywiście częsta przyczyna kocich dolegliwości, lecz nie zastosowano lewatywy i zdecydowano się "poczekać" (!). Co więcej, podano lek na zwiększenie produkcji moczu mimo, że kot miał pełny pęcherz. Po kilku dniach dowiedzieliśmy się też, że był cewnikowany. Co jednak najgorsze, poza tym, że nikt nie wykazał się wystarczającą empatią by zauważyć, że pobyt w lecznicy wręcz szkodzi naszemu kotu, o wszystkie informacje musieliśmy się dopraszać, dopytywać, dzwonić po kilka razy. Ponadto, mimo w miarę kompleksowego leczenia (antybiotyk plus lek na anemię) zapomniano o najbardziej prozaicznej rzeczy na świecie – o nawadniających kroplówkach. Coś tak oczywistego – kot nie je, mało pije, jest chory i najważniejsze – nie może się wypróżnić.. kroplówka nasunęłaby się chyba nawet kompletnemu laikowi w tej sytuacji. Mimo naszej radości z powrotu naszego pupila do domu nie mogliśmy zignorować jego wyglądu i zachowania – kot był wychudzony, obolały, siedział w jednej pozycji, która wskazuje na to, że coś go boli.
W niedzielę jego stan się pogorszył i rodzice zdecydowali się udać do innej lecznicy po pomoc. Z racji tego, że była to niedziela, przyjmowała tam jedynie jedna osoba, która nie była w stanie wykonać pełnej diagnostyki, leczenie miało się zacząć następnego dnia tj. w poniedziałek 16 kwietnia. Tak też się stało. Mimi został tam na czas pobytu Taty w pracy, zostało wykonane badanie krwi oraz została podana dożylna kroplówka. Część badań została wykonana na miejscu, część wysłana do laboratorium we Wrocławiu. Mimo poważnego stanu naszego kota, nieco odetchnęliśmy pod wpływem, jak nam się wtedy wydawało, profesjonalnej opieki. Wyniki krwi były jeszcze gorsze.. wklejam je poniżej:
https://imgur.com/heGKSJe
https://imgur.com/1zrVuMq
Szef kliniki orzekł, że kot jest „poważnie chory”, ale że zostanie podjęta próba leczenia. Leczenie polegało na codziennym podawaniu kroplówek, antybiotyku i leków przeciwwymiotnych (jeśli poinformowaliśmy, że kot poprzedniego dnia wymiotował). Podstawą były kroplówki i tu uwaga: początkowo dożylne, które w Internecie skrótowo określa się jako „płuczące” krew [i tutaj, eureka, po pierwszym dniu kroplówek kot się wypróżnił!]. Niestety, szybko łapka Mimiego spuchła, więc wenflon został przełożony do drugiej łapki. Druga łapka również spuchła i na tym zakończyło się podawanie kroplówek dożylnych. Ponadto, do ranki po wenflonie wdało się zakażenie. Tak czy inaczej przerzucono się na kroplówki podskórne, które zawierały jedynie NaCl. Niestety wtedy nie zdawaliśmy sobie z tego sprawy. Zakładaliśmy, że nasz pupil otrzymuje jakiekolwiek leki.. zwłaszcza, że codzienne (włącznie z niedzielami) wożenie go do weterynarza, narażanie go na ból i ogromny stres musiało mieć jakiś sens. Wierzyliśmy w to. Mimi bardzo protestował przy każdej wizycie, w domu z apetytem było różnie, ale na to weterynarze również niczego nie zaradzili. Sprzedali nam jedynie karmę Royal Canin (nic dziwnego skoro gabinety są oplakatowane tą właśnie firmą) i zalecili karmić kota strzykawką. Niestety, nawet dla osoby z pewną wprawą nie jest to łatwe zadanie. Do tego stopnia, że moja siostra poprosiła o pomoc swoją znajomą (wcale nie szczególnie bliską) o to, żeby odwiedziła naszych rodziców i spróbowała pokazać im jak to robić. Gdy w lecznicy skarżyliśmy się, że kot nie je słyszeliśmy „ojej..”. Po tygodniu podjęto próbę ponownego pobrania krwi – kot jednak bardzo protestował, więc pobrano jedynie niewielką próbkę. Pokazała ona, że jeden z parametrów spadł o połowę, ale nie wiedzieliśmy co z drugim. Od tego wyniku lekarze uzależniali dalsze decyzje. Stan kota wciąż się pogarszał a „leczenie” stało w miejscu. Zauważyliśmy też powstanie nadżerek w pyszczku naszego kota. Już sam wysoki mocznik dość skutecznie zniechęca zwierzę do jedzenia a kiedy już Mimi zmusił się by coś zjeść nadżerki powodowały ból przy każdym kęsie. Gdy zapytałam czy można mu jakoś ulżyć, usłyszałam, że w sumie to nie a poza tym przy chorych nerkach można podać niewiele leków (co nie przeszkodziło pani weterynarz podać środka przeciwzapalnego zabronionego przy chorobach nerek). Nasz pupil cierpiał więc coraz bardziej a my nic nie mogliśmy zrobić. Badanie moczu zostało wykonane z inicjatywy mojej siostry, która natrafiła na taką radę w Internecie. Nie mam wyników tego badania, ale pani weterynarz powiedziała tylko, że widać w nim stan zapalny. W końcu, 30 kwietnia wykonano badanie krwi, które pokazało, że mocznik i kreatynina spadły. Niestety pokazały też, że niemal wszystkie inne parametry się pogorszyły.. wszystkie z wyjątkiem bilirubiny (parametr wątrobowy) – według wyników była w normie. Wyniki wklejam poniżej. Jak Państwo widzą na wydruku bilirubina jest w normie, została jednak później poprawiona na 2.8. Wytłumaczenie w dalszej części tekstu.
https://imgur.com/sv390mL
W związku z tym, że bilirubina była w normie pani doktor zleciła badanie w kierunku chorób zakaźnych (koszt: 60 zł) i miała zadzwonić z wynikami. Gdy tego nie zrobiła, telefon wykonał mój Tata i dowiedział się, że wyniki są negatywne ALE okazało się, że pani doktor źle wcześniej spisała wyniki bilirubiny i że jednak nie są one w normie. Oznaczało to, że również wątroba jest „chora” a co za tym idzie dodatkowe badanie, które zleciła lekarka nie było konieczne. Nie zaproponowano też żadnej nowej formy „leczenia”, nic. Dlaczego? Dlatego, że rodzice zdecydowali się pojechać na konsultacje do kolejnego weterynarza. Jednoznacznie, pracownicy kliniki ucieszyli się, że mają z głowy problematycznego pacjenta i tyle. Jakby tego było mało, dopiero w domu Tata zauważył w jakim stanie jest tylna łapka naszego pupila – po pobraniu krwi powstał wielki podskórny krwiak, niezabezpieczony w żaden sposób… Ponadto, mimo nadchodzących dni majowych nie zostaliśmy zapewnieni o ciągłości „leczenia” – lecznica była zamknięta 1 i 3 maja a na moje pytanie odnośnie 24h dyżuru telefonicznego, czy można zadzwonić z kryzysowej sytuacji, usłyszałam, że w sumie to tak, ale żeby się przygotować, że pan doktor będzie niemiły, bo „ludzie często dzwonią z pierdołami”… żeby dopełnić obrazu, również dopiero w poniedziałek 30 kwietnia, po sugestii mojego taty, który taką informację wyszukał na jakimś forum, do kroplówki została podana ranitydyna. Pan doktor wcale nie był zaskoczony co oznacza, że wiedział o istnieniu takiego leku a uwagę mojego taty skwitował mówiąc „jesteśmy otwarci na sugestie”.
Ostatnią „deską ratunku” została kolejna pani weterynarz. Początkowo rodzice chcieli jechać do niej jedynie z wynikami na konsultację, lecz okropny stan tylnej łapki zadecydował o zabraniu również Mimiego. Pani doktor obejrzała wyniki i kota i orzekła, że stan nie rokuje poprawy, że zwierzę cierpi, że stan błon śluzowych itp. wskazuje na upośledzenie funkcjonowania wątroby i że należy kota uśpić, „mamy tylko zdecydować kiedy” – to usłyszałam gdy rodzice wrócili do domu. Pękały nam serca, ale patrzyliśmy na niego i widzieliśmy, że nie mamy prawa dalej go męczyć, że nic to nie da mimo, że poruszyliśmy niebo i ziemię by go ratować. Pani weterynarz, pomimo że Mimi nie był jej pacjentem, zaproponowała, że jeśli rodzice się zdecydują to ponieważ prowadzi ona hotelik dla zwierząt będzie dla nich dostępna 1 maja i podała godziny, w których można ją „złapać”. Pominę już cały tragizm tej sytuacji i to jak potworny był dla nas poranek 1 maja. Jednak mimo naszej rozpaczy widok Mimiego, który od kilkudziesięciu godzin odmawiał przyjęcia jakiegokolwiek pokarmu, siedział skulony i nie zasypiał nawet na chwile, nie pozostawiał nam żadnych wątpliwości.. Wizyta została więc umówiona i cierpienie naszego przyjaciela skrócone. I tu nastąpił kolejny cios – dopiero po dokonaniu uśpienia pani wterynarz podała cenę usługi: 200 zł. Ci, z Was, którzy kiedykolwiek musieli podjąć tę ostateczną decyzję na pewno wiedzą jak absurdalna jest to cena. Internet również służy pomocą w tym zakresie. Z mojej wiedzy wynika: uśpienie kota z dojazdem do domu (okolice Bydgoszczy) 70 zł, eutanazja w przychodni w Warszawie 80 zł etc…
Cynizm i okrucieństwo pani doktor było dla nas tak bulwersujące, że Tata zdecydował się zadzwonić do niej następnego dnia i zapytać, czy cena, której zażądała jest według niej uczciwa. Usłyszał stek bzdur, począwszy od tego, że dla niej to też jest wielkie przeżycie (pełna zgoda, nikt tego nie podważa), że ona to robi legalnie (again, zero zastrzeżeń), że było święto (no i? czy oznacza to kilkukrotny wzrost ceny? Gdzie była taka informacja? Poza tym nie odpowiedziała na pytanie ile bierze w „normalny” dzień”) a poza tym, i to jest uwaga hit, gdyby eutanazja była tania to ludzie by usypiali zwierzęta zamiast je leczyć! Pomijając już fakt, że te argumenty są częściowo sprzeczne ze sobą to wynika z nich, że wysoka cena ma powstrzymać przed pochopną decyzją o uśpieniu – ciekawe w jaki sposób skoro cena podana jest po fakcie? Poza tym sama widziała, że kot był bezskutecznie leczony i sama osobiście nie dała mu żadnych szans. I najgorsze, powołując się na argument, że dla niej również to jest przeżycie pokazała, że jej emocje i sumienie mają swoją cenę: za 70 czy 80 zł nie byłaby w stanie tego zrobić, ale już za 200 to jakoś może to przełknąć…
Tata zdecydował się również wysłać maila do weterynarza, który jako drugi (przez 14 dni) "leczył" naszego kota. Opisał w nim, bez żadnych obelg czy obraźliwych uwag, zupełnie merytorycznie, nasze zastrzeżenia. Nie otrzymaliśmy żadnej odpowiedzi.

Wszyscy ci weterynarze mają dobre opinie.. Zdaję sobie sprawę z tego, że wiele zwierząt zostało przez nich uratowanych. Nie podważam tego, że potrafią poskładać połamane łapy, podać leki, wysterylizować czy wyciągnąć kleszcza. Niestety nasza historia pokazuje duże braki w wiedzy dotyczącej chorób przewlekłych, lecz przede wszystkim brak jakiejkolwiek empatii.. Moja rada, wynikająca z tego bolesnego doświadczenia, jest taka, że cokolwiek się dzieje należy kontrolować to, co robi weterynarz, dociekać, szukać wiadomości na własną rękę. Niestety my mieliśmy zbyt mało czasu by wyspecjalizować się w weterynarii – nikt by nie przypuszczał, że będąc pod stałą i kosztowną opieką weterynarzy kot w miesiąc odejdzie z tego świata.
Mimi przynajmniej już nie cierpi. My za to zostaliśmy z gorzką lekcją i doświadczeniem na przyszłość a przede wszystkim z ogromną dziurą w sercu..

iga_92

 
Posty: 2
Od: Pt maja 11, 2018 14:29

Post » Sob maja 12, 2018 22:09 Re: Historia ku przestrodze; prośba o komentarze

Bardzo współczuję, taki jeszcze młody kot :(
Też się na wetach zawiodłam, w lecznicy do której chodziliśmy jest ich 6 (+ jakas praktykantka chyba), i żaden nie zająłby się kotem jak należy, jakbym sama nie drążyła to pewnie dalej podawaliby tylko steryd w kółko albo radzili uśpić. Teraz myśle że jesteśmy w lepszych rękach, noi ponoć wcale nie ma jeszcze tragedii, ale musimy myśleć nad dietą. W międzyczasie byłam jeszcze gdzie indziej, dobrze że bez kota, bo gościu (starszej daty) jak usłyszał 17 lat to tylko machnął ręką, zanim podałam papiery. Wstrzymuje się z wystawianiem opinii bo mam nadzieje, że w przyszłym roku napisze im, że kot już pełnoletni i ma się dobrze

Barsik

 
Posty: 19
Od: Pon kwi 16, 2018 19:55

Post » Wto cze 05, 2018 21:27 Re: Historia ku przestrodze; prośba o komentarze

Mimo upływu czasu wciąż tak ciężko pogodzić się z jego odejściem... a myśli, że może dałoby się go uratować gdybyśmy trafili na kompetentnego i empatycznego weterynarza tylko pogarsza całą sytuację :(
a jak zdrowie pani kotka?

iga_92

 
Posty: 2
Od: Pt maja 11, 2018 14:29

Post » Nie cze 10, 2018 22:13 Re: Historia ku przestrodze; prośba o komentarze

Eh trafić na takiego to trzeba mieć niezłe szczęście, trzeba strasznie patrzeć im na ręce, niema rady, nowy wet podał parafine nie mówiąc nawet co to, a nie byłam ja wtedy żeby dopytywać :/ No moja pomału jakby sie poprawia, prawie nie wybrzydza i już cos przytyła, chociaż jeszcze sama za bardzo nie chodzi to wydaje sie raczej ok jedynie z kuwetą troche problemów było), ale diagnozowanie i ogarnianie diety to idzie jak po grudzie, tak miotam sie miedzy tym wszystkim i dręcze, że już dawno powinno być wszystko załatwione. Byłam w Krakowie i będe jechać jeszcze raz przynajmniej, ale jakby finanse pozwoliy to może bym sie i nad Warszawą zastanowiła.

Barsik

 
Posty: 19
Od: Pon kwi 16, 2018 19:55




Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Irlandzka Myszka i 6 gości