Najtrudniejsza decyzja :(

rozmowy o cukrzycy i niewydolności nerek u kotów

Moderator: Moderatorzy

Regulamin działu
Uwaga! Porady na temat leczenia udzielane są na podstawie pk.13 regulaminu forum.

Post » Czw sie 03, 2017 11:20 Najtrudniejsza decyzja :(

Witam, moj Puszek w kwietniu skonczyl 17 lat. Cale zycie byl szczesliwym kotkiem, nie chorowal, traktowany jak dziecko, bardzo kochany. Jeszcze 1,5 mies temu bawil sie (wiadomo, nie tak czesto, ale chetnie), 15.07 zaczely sie wymioty i biegunka. Badania, diagnoza ... PNN. Leczenie zaczelo sie zaraz po otrzymaniu wynikow, kreatynina i mocznik bardzo wysokie, ale po wlewach i lekach udalo sie zbic chociaz troche. Kotek ozyl, nawet sie bawil, domagal jedzonka, wskakiwal na lozko. U weta energii az nadmiar. Poszlam do weta po leki, bo akurat sie skonczyly, wracam, kot zwiniety, krzyczy. Lecznica zamknieta. Spakowalam go i biegiem do innego weta. Kot caly we krwi- silny krwiomocz. Antybiotykoterapia, zle znoszona, dala efekt na chwile. W niedziele kocisko wymiotowalo 8 razy, przestal jesc, lezal w kacie. Reagowal na mizianie, nastawial sie, mruczal. W pon lekka poprawa, kot jadl pasztecik, troszke wstawal. Od tamtego komentu koszmar. Lezy, jak wstaje to sie chwieje, dwa dni temu krwawe wymioty, nie ma sily jesc, nie ma sily pic, probuje, ale pochlipie dwa razy i poklada sie przed miska. Nie je. Kilka razy zalosnie mialknal. Wczoraj nakarmiony do pysia saszetka zastepcza. Pozorna poprawa, zaczal podnosic glowke, ale mu sie trzesie, kot sie przewraca. Nie mruczy, zaczal tylko podnosic wzrok jak sie wchodzi do pokoju, zdaje mi sie wyczuwa panike. Rano wizyta domowa. Stan kota- gleboka anemia, niedotlenienie, objawy zatrucia mocznikiem. Opcje dwie, spiaczka, albo objawy silnego zatrucia i cierpienie. Stan agonalny, aczkolwiek bardzo powolny i poczatkowy. Od kilku dni spie z nim, na podlodze, obok miejsca, gdzie lezy. Kazdy ruch, inny oddech, drze cala. Non stop patrze, czy oddycha. Ponoc teraz czuje sie tylko zmeczony, ale co bedzie dalej, trudno powiedziec. Dodam tylko, ze wetka bardzo oddana, szkolona przed znana nam wszystkich pania doktor z Waw-y. Wielotorbielowatosc, struktura zatarta, w momencie diagnozy prawdopodobnie pracowalo 10%, ale jedna nerka wyglada juz na skonczona.
Teraz pytanie. Pozwolic odejsc, kiedy jeszcze nie czuje sie az tak zle? Niby chce, a za chwile mam mysli, ze wsiadam w pociag, ze wioze go na koniec swiata, ze kupie mu lek za miliony, ale pomoze. A moze ktos sie pomylil?
Caly czas czuje sie winna, ze stres w gabinecie, ze moze byloby inaczej. Z drugiej strony nie wyobrazalam sobie nie podjecia walki. Boje sie, ze za dlugo bede zwlekac i moja chec zatrzymania go stanie sie przyczyna jego bolu. W glowie tysiac mysli, zupelnie skrajnych.
Patrze na niego, kostki obleczone skora. Sily minimalne, zeby tylko sie przekrecic na drugi boczek, ewentuapnie dojsc do kuwety, ale to podobno u nich normalne. Straszne chwile, straszne dylematy. Nie zycze nikomu. Bardzo go kocham, to moj taki maly Promyczek :( pisze chyba po to, zeby ktos mnie zrozumial. Bo niby inni tak, ale to takie podejscie z dystansem, nie zrozumie ten, co tego nie doswiadczyl. Serce mi peka. Bedzie mi go tak brakowalo :(
Moj kochany Puszek, najmniejsze i najwieksze szczescie, jakie mnie spotkalo. ❤

Karola1704

 
Posty: 2
Od: Czw sie 03, 2017 10:52

Post » Czw sie 03, 2017 11:30 Re: Najtrudniejsza decyzja :(

Karola, pozwól mu odejść, nie czekaj.
Będzie mu coraz gorzej i Tobie też.

Jarka

Avatar użytkownika
 
Posty: 4735
Od: Czw kwi 10, 2008 16:43
Lokalizacja: Poznań

Post » Czw sie 03, 2017 13:23 Re: Najtrudniejsza decyzja :(

Karola,
to jest ogromnie trudna decyzja. Chyba najtrudniejsza we wspólnym życiu ze zwierzakiem.
Nie zamierzam Cię przekonywać w żadną stronę, ale chciałam Ci opowiedzieć moją historię, która może pomóc Ci w podjęciu tej decyzji.
Sześć lat temu żegnałam moją wieloletnią przyjaciółkę. Jednego dnia sunia w świetnym stanie, tylko trochę się męczy, ale wiadomo - ma 13 lat, dla owczarka niemieckiego to dużo. Kolejnego dnia diagnoza - rak płuc, jedno płuco nie funkcjonuje, drugie częściowo zalane płynem, przerzuty. Podjęłam decyzję o odessaniu płynu i leczeniu, chciałam z nią być jeszcze i jeszcze. Tydzień po diagnozie o północy wiozłam ją do kliniki, bo zaczęła się dusić. Płuco zalane, silne niedotlenienie, krew prawie czarna, weterynarz nie ukrywał, co sobie o mnie myśli - nieważne, ja sama myślałam o sobie jeszcze gorzej. Uśpiliśmy.
Do dzisiaj mam do siebie pretensje, że niepotrzebnie przedłużyłam jej cierpienie o tydzień, że zafundowałam jej chaotyczne odejście w bólu, w obcym gabinecie, bez właściwego pożegnania. To wspomnienie męczy mnie dużo bardziej, niż sam moment uśpienia i bardziej niż pustka, która była później.
Życzyłabym Ci, żebyś nie zrobiła sobie tej krzywdy.
Trzymaj się ciepło.

Vilu

 
Posty: 3
Od: Nie lip 16, 2017 18:31

Post » Pt sie 04, 2017 14:36 Re: Najtrudniejsza decyzja :(

Puszek odszedł od nas wczoraj o 21.55. Wieczorem przyjechaly wetki, stan od rana znacznie sie pogorszyl. Prawdopodobnie nie przezylby nocy. Czulam sie winna, bo naciskalam na ta decyzje moja mame, od ktorej kota dostalam jeszcze chodzac do szkoly. Ona nie chciala, mowila, ze moze zle zkierzyli temperature, bo sie wiercil, jak mial ciut brudne futerko od biegunki (malutko, ale z przerazeniem stwierdzilam, ze to ta "druga faza", o ktorej mowily rano), ona, ze pewnie pobrudzil sie jedzeniem. Serce pekalo mi podwojnie, ale cos nawet poza mna nie koglo ustapic. Nie chcialam czekac do rana, ona chciala z nim pobyc ostatnie godziny. Jak powiedzialy wetki, to bylaby najgorsza decyzja w zyciu. Kotek najprawdopodobniej odszedlby w meczarniach. Ze to najlepsze, co mozna bylo zrobic, ze tego potrzebowal i zanim stanelo mu serduszko, wzial taki gleboki wdech, taki, jaki bierzemy, kiedy czujemy ulge.
Chwilami wydaje mi sie, ze wejde do pokoju, a on bedzie dawal o sobie znac, spal na poduszeczce jak zawsze. Za chwile dociera do mnie, ze juz go nigdy nie przytule, nie pocaluje, nie nadstawi mi czolka.
Wiem, ze to byla dobra decyzja, ale ta cholerna cisza ... wylewa sie z kazdego zakamarka. To dla mnie zupelnie nowa sytuacja, nie przezylam dnia, zeby jakies cztery lapki nie wciskaly mi sie miedzy nogi. Odszedl pies, byl kot, itd itp. Teraz jest tak pusto i cicho :( wiem, ze z czasem sie przyzwyczaje, wkurzaja mnie tylko komentarze typu "nie maz sie tyle, wykonczysz sie, martwie sie". Ja to wszystko rozumiem, ale to byl MOJ kot i nikt nie przezyje tego za mnie. Dlatego tutaj pisze, bo wiem, ze Wy rozumiecie. Dziekuje.
Ciesze sie tylko, ze to stalo sie w domu, na jego foteliku, na kolanach. Glaskany i calowany do ostatniej chwili.

Karola1704

 
Posty: 2
Od: Czw sie 03, 2017 10:52

Post » Pt sie 04, 2017 21:19 Re: Najtrudniejsza decyzja :(

Trzymaj się. To była jedyna słuszna decyzja.
25 kwietnia odeszła moja pierwsza kotka, 11-letnia Kaja. Była moją przyjaciółką. Miała duży, nieusuwalny guz.Wet, któremu ufam,dawał jej maksymalnie 2 miesiace życia na silnych środkach przeciwbólowych. Poprosiłam o uśpienie. Płakałam ciągle, kilka razy dziennie, płaczę nadal. Ale wiem, że wybrałam słusznie. Nie przedłużałam jej życia na siłę, skróciłam cierpienie.
Karola, z czasem będzie Ci lżej <3

Jarka

Avatar użytkownika
 
Posty: 4735
Od: Czw kwi 10, 2008 16:43
Lokalizacja: Poznań




Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 4 gości