Opowieść o tym jak pies przygarnął człowieka

O wszystkich stworzeniach poza kotami

Moderator: Moderatorzy

Post » Pon mar 05, 2018 18:47 Re: Opowieść o tym jak pies przygarnął człowieka

Albus pisze:Wątek będzie trochę mało koci i jeżeli to nie miejsce na takie rzeczy to proszę mnie upomnieć.

Mijają już prawie dwa lata od kiedy pożegnałam mojego najwspanialszego przyjaciela. Historię naszego poznania zawsze uważałam za niezwykłą i przekładała się ona na zażyłość naszej relacji. Jest ona trochę intymna, trochę wesoła a trochę smutna. Mam poczucie, że powinnam się nią dzielić z ludźmi- pomimo całej tej intymności i bólu jaki sprawia mi mówienie o tym- bo mój przyjaciel był niezwykły i od życia nie dostał tyle ile mu się należało, dlatego chcę opowiedzieć chociaż o fragmencie jego zakrótkiego życia który był początkiem naszej wspólnej drogi i wpłynął na całe moje życie.

Od najmłodszych lat kochałam zwierzęta. Moim największym marzeniem było posiadanie w domu psa. Niestety miałam to nieszczęście, że moi rodzice należą do tych osób które w mieszkaniu tolerują zwierzęta tylko na talerzu. Brak towarzystwo zwierząt rekompensowałam więc sobie przeróżnymi zabawami. Robiłam posłanie pod stołem, zakładałam na szyję coś na kształt obroży i mówiłam mamie, że jestem jej psem. Chciałam aby dawała mi pić w miskach i prowadzała na smyczy- mama jednak nie potrafiła się bawić i wyprowadzać mnie nie chciała, a pić dawał w kubku. Do dziś wspomina moje oburzenie, gdy rozpaczliwie wykrzykiwałam „Dlaczego nie traktujesz mnie jak psa?!”.
Gdy prośby nie dawały żadnych rezultatów próbowałam również spisków mających na celu sprowadzenie pieska do mojego domu. Gdy byłam już w podstawówce namówiłam rodziców aby podpisali się na czystej kartce, po czym dopisałam na niej list do Świętego Mikołaja w którym przekazałam mu, że pod choinkę chciałabym sznaucera miniaturowego, na którego rzecz jasna zgodzili się rodzice potwierdzając to własnoręcznym podpisem pod moim listem. Niestety zostałam zdemaskowana przez mamę i mój list nie dotarł do Laponii.
Podczas każdego wyjazdu na wakacje nie szukałam kontaktu z innymi dziećmi- a ze zwierzętami. Gdy mój brat pluskał się w jeziorze z moimi rówieśnikami, ja łapałam żaby i jaszczurki w zaroślach obok. Dobrze pamiętam gdy mając 6 lat sama skonstruowałam wędkę. Wujek z tatą chodzili w tym czasie na ryby, więc pożyczyłam sobie od nich trochę haczyków, żyłki, spławik i kilka obciążników. Wędka wyglądała fatalnie, składała się z długiego kija i przywiązanej do niego żyłki zakończonej haczykiem, na której dodatkowo przyczepiony był spławik z kilkoma bezmyślnie założonymi obciążnikami. Gdy po raz pierwszy szłam na najdalszy skraj pomostu z moją imitacją wędki i chlebem w ręku, młode małżeństwo z prawdopodobnie ojcem jednej ze stron, podśmiewywało się ze mnie kiedy ich mijałam. Po niecałych 15 minutach gdy udało mi się złowić pierwszą w życiu rybę i wracałam przez pomost z miękkimi nogami, co chwile zanurzając wędkę w wodzie aby rybka się nie udusiła, starszy pan spytał mnie „udało się?” na co ciągle drążc pokiwałam głową i wyciągnęłam wędkę z wody. „Ha! A mówiłem że złowi!” powiedział do młodych, a ja ruszyłam dalej, do mamy, aby uwolniła moją rybkę. Zanim dotarłam do końca pomostu rybka oczywiście się zerwała, ale tą sytuację pamiętam do dziś. Od tamtej pory polubiłam łowienie ryb- żadnej z nich jednak nigdy nie dałam nikomu zjeść, zawsze wracały do jeziora.
Wakacje na wsi zamiast na zbieraniu owoców i siedzeniu z rodziną pod altanką zajadając się drożdżówkami, spędzałam sprzątając w kurniku lub wyłapując wujkowi ryby ze stawu. Zawsze uważałam, że wielka pomyłką Boga było moje urodzenie się w mieście .
Po kilku latach udało mi się wreszcie wynegocjować z rodzicami kupno pierwszych zwierzątek- w moim domu zamieszkały dwie złote rybki. Ale jak wiadomo apetyt rośnie w miarę jedzenia, a do celu dochodzi się małymi kroczkami. Z dwóch rybek zrobiło się małe akwarium, a następnie kolejne z żabkami hodowlanymi. I od tego momentu poszło już z górki- po jakimś czasie w moim domu zamieszkała koszatniczka, żółw, kameleon, dwa chomiki, myszoskoczek… Na całe szczęście mój pokój miał bardzo duży metraż, bo całą 5 metrową ścianę zajmowała „wystawa” moich zwierzaków. Wszystkie pieniążki jakie dostawałam były odkładane nie na zabawki dla mnie- ale na książki o tym jak utrzymywać zwierzęta, na wszelkie reklamowane w owych książkach zioła, witaminki i przeróżne akcesoria i coraz to bardziej wymyślne klatki, aby moim podopiecznym żyło się jak najlepiej. Chomik na przykład mieszkał w 13 piętrowej klatce która kosztowała 40 razy tyle co on sam.
Każde dziecko lubi zwierzątka- przeważnie z wiekiem wyrasta się jednak z tej fascynacji. W moim przypadku jednak im starsza byłam, tym miłość do zwierząt była większa a marzenie o posiadaniu psa coraz silniejsze. Rodzice w tej kwestii byli jednak nieubłagani.
Gdy miałam 11 lat wakacje spędzałam razem z moim bratem w Mrągowie, u Babci Marianki. Pewnego dnia poszliśmy razem z Babcią pobawić się na pobliskim placu zabaw. W połowie drogi zaczął iść za nami czarny, parchaty pies, który wyglądał jak połączenie owczarka niemieckiego z jamnikiem. Doszedł za nami aż do placu zabaw. Byłam bardzo podekscytowana - każdy kontakt ze zwierzęciem był dla mnie niezwykle emocjonujący, a ta sytuacja była szczególnie nadzwyczajna. Babcia była jednak tym faktem zaniepokojona i z niechęcią spoglądała na nędznie wyglądającego burka. Przez cały czas gdy bawiłam się na placu pies nie spuszczał mnie z oczu. Chodził za mną z huśtawki na drążki i z powrotem. Gdy nadszedł czas powrotu do domu bałam się, że to już ten moment w którym na zawsze rozstaniemy się z nowopoznanym psem. Pomimo tego, że ani razu go nie dotknęłam, sama jego obecność sprawiała, że czułam się szczęśliwa. Kiedy ruszyliśmy w kierunku domu z każdym przebytym metrem który pies pokonywał wspólnie z nami czułam coraz większą ekscytację. W końcu doszliśmy pod klatkę i nadszedł czas rozstania. Gdy wchodziliśmy do mieszkania babcia poganiała nas aby nie wpuścić przy okazji nieproszonego gościa, który dzięki temu ze drzwi od klatki przytrzymywał stoper, wszedł na nią za nami. Gdy zamknęły się drzwi do mieszkania poczułam straszny niepokój, nie chciałam aby piesek gdzieś sobie poszedł. Z niecierpliwością czekałam na to aż babcia się czymś zajmie, aby móc zajrzeć na klatkę. Po jakimś czasie, gdy babcia wyszła na balkon, pobiegłam do kuchni i wzięłam kromkę chleba. Lekko uchyliłam drzwi i rzuciłam ją pieskowi, który natychmiast ją zjadł. Poszłam do kuchni po kolejną. W ten sposób zdążyłam dac mu 5 kromek chleba i trochę szynki. Gdy babcia wróciła z balkonu co jakiś czas jeszcze podbiegałam do Judasza i sprawdzałam czy on nadal tam jest- i ciągle był! Nie mogłam doczekać się kolejnego dnia, aby móc wyjść na podwórko. Przez cały wieczór żyłam nadzieją, że jutro znów uda mi się gdzieś go znaleźć. Położyłam się wcześniej spać by wstać jak najwcześniej.
Następnego dnia ubrałam się i poszłam na podwórko wczesnym rankiem. Babcia przekonana była, że psa już dawno nie ma a ja idę bawić się z miejscowymi dziećmi- jednak ja od pierwszej chwili gdy otworzyłam oczy myślałam tylko o tym gdzie szukać poznanego wczoraj kundelka. Gdy wyszłam z mieszkania, zeszłam na dół po schodach i otworzyłam drzwi od klatki… poczułam niesamowitą radość. On tam był! Czekał na mnie. Ktoś zamykając drzwi na noc wypędził go z klatki. Pomimo to on całą noc spędził pod klatką czekając na mnie. Ruszyliśmy więc na wspólny spacer . Za pieniążki które dostałam „na chipsy” kupiłam mu byłkę w pobliskim sklepie. Cały dzień spędziliśmy razem nie oddalając się zanadto spod domu babci. Gdy wracałam do domu na obiad i kolację jadłam je w wielkim pośpiechu bo wiedziałam, że on tam na mnie czeka. Pod koniec dnia gdy musieliśmy się rozstać czułam jeszcze większy niepokój niż dnia poprzedniego. Podczas całego dnia który spędziliśmy razem ani razu go nie pogłaskałam. Bardzo mnie do niego ciągnęło ale mimo wszystko wiedziałam, że nie powinnam dotykać bezdomnego psa. Wieczorem bardzo bałam się go znów zostawiac, więc gdy tylko wróciłam do domu zjadłam kolację i jak najszybciej położyłam się spać. Tak wyglądało kilka kolejnych naszych wspólnie spędzonych dni. Z każdym dniem gdy rano zastawałam go pod klatką lub -gdy ktoś go wpuścił do klatki- pod drzwiami, czułam jeszcze większa radość.
Gdy wyszliśmy razem z babcią na spacer wokół pobliskiego jeziora pies oczywiście wyruszył z nami. Przechodziliśmy obok domków jednorodzinnych. Furtka od jednej z posesji była uchylona i nagle wylecił z niej mały, chudy psiak. Psy rzuciły się na siebie. Niespodziewanie z tej samej posesji wybiegł duży pies, który złapał naszego nowego przyjaciela za nogę i zaczął nim rzucać na wszystkie strony. Byłam przerażona. Babcia wzięła nas za ręce i zaczęliśmy uciekać. Piesek chyba zobaczył to kątem oka bo nagle przestał próbować złapać przeciwnika za którykolwiek z członków, oswobodził się z tego uścisku i pobiegł za nami. Gdy doszliśmy pod dom, chciał wejść razem ze mną na klatkę. Babcia kazała mi wejść do domu, zdjęła kapcia i zaczeła nim okładać psa aby go przepędzić. Po tym wydarzeniu bałam się, że już nigdy go nie zobaczę… Z domu mogłam wyjść dopiero po obiedzie. Na szczęście okazało się, że nawet przemoc ze strony babci nie jest w stanie odgonić go ode mnie i nadal wiernie czeka na mnie na dole.
Podczas któregoś z kolei wspólnie spędzanego dnia zapoznaliśmy się z miejscowymi dziećmi. Dziewczynką którą najlepiej pamiętam była Aldona- szczupła blondyneczka, mniej więcej w moim wieku, która miała krótkowłosą jamniczkę. Opowiedziałam Aldonie i jej koleżankom o historii psa który wszędzie za mną chodził, bo dziewczyny przekonane były że należy on do mnie. Aldona zwróciła uwagę na kleszcze, które miał wszędzie – już na pierwszy rzut oka widać było wielkie, białe, napite pajęczaki zwisające z pyszczka, okolic oczu i uszu. Wyglądało to okropnie. Aldona powiedziała mi o weterynarzu który miał swój gabinet po drugiej stronie ulicy i kiedyś wyciągnął za darmo kleszcza pewnemu bezdomnemu kotu. Poszłyśmy więc do mojej babci aby zapytać czy mogłabym przejść na druga stronę ulicy i zaprowadzić psa do weterynarza. Niestety, nie pozwoliła mi na to- bardzo nie podobało jej się, że włóczę się z tym przybłędą. Wzięłam więc pasek od mojej torby podróżnej, założyłam go psu na szyję i wręczyłam Aldonie, aby poszła z nim sama. On jednak nie zamierzał iść nigdzie beze mnie! Zaparł się i pomimo tego że próbowały go zaciągnąć siłą, nie zamierzał się ruszyć! Wtedy właśnie poczułam się dzięki niemu bardzo wyjątkowo- tylko ja mogłam prowadzić go na tym sznurku, tylko do mnie był przywiązany. Ustaliłyśmy z dziewczynami, że najpierw pójdą tam same i spytają weterynarza czy bezpłatnie wyjmie kleszcze naszemu znajdzie, a dopiero wtedy gdy się zgodzi to ja zignoruję zakaz babci i pójdę tam razem z nimi. Weterynarz jednak nie zgodził się na jakąkolwiek nieodpłatną usługę. Wzięłyśmy więc psa, postawiłyśmy na betonowym murku i same- przez fachowe zabezpieczenie jakim były klonowe liście zamiast jednorazowych rękawiczek- zaczęłyśmy wyciągać mu kleszcze. Pozbyłyśmy się większości najbardziej napitych pasożytów, co było bardzo czasochłonne. Psiak przez cały ten czas grzecznie stał, nie kręcił się i ani razu nie pisnął, pomimo tego, że zabieg ten nie należy do przyjemnych.
Minęły cztery dni od naszego pierwszego spotkania i nadszedł czas pierwszej dłuższej rozłąki. Do babci przyjechał po mnie wujek aby zabrać mnie do Olsztyna. Byliśmy umówieniu z moimi rodzicami na wyjście do kina. Gdy wsiadłam do samochodu mój przyjaciel pies zaczął szczekać. Kiedy samochód ruszył on pobiegł za nami, nie chciał dać mi odjechać. Bardzo bałam się o to aby nikt go nie potrącił, bo na Ulicy na którą wyjechaliśmy był duży ruch. Obróciłam się i widziałam jak powoli zostaje w tyle. Było mi bardzo smutno, nie chciałam go zostawiać.
Gdy po seansie w kinie wróciłam do domu rodzinnego myślałam tylko o nim. Opowiedziałam mamie o niezwykłej przygodzie jaka mnie spotkała, ale niestety nie podzielała ona mojego entuzjazmu. Przeszukałam wszystkie szafki szukając rzeczy które chciałam zabrać do babci. Regularnie czytałam magazyn „Mój pies” do którego dołączane były czasem gratisy. Do któregoś z wydań dołączona była saszetka pedigree którą chciałam przywieźć pieskowi. Wzięłam ze sobą również obrożę którą kupiłam dla jednego z moich pluszaków, udając że są żywymi zwierzętami. Pamiętam, że tego dnia przed zaśnięciem myślałam tylko o nim. Bardzo obawiałam się , że już go nie spotkam.
Gdy rankiem następnego dnia przyjechaliśmy do Mrągowa od razu poszłam na dwór szukać mojego psiego towarzysza. Obeszłam jednak blok do okoła ale po nim nie było żadnego śladu. Po nieudanych próbach poszukiwań saszetkę którą mu przywiozłam dałam bezdomnym kotom mieszkającym pod balkonami, po czym w fatalnym nastroju udałam się na samotną tułaczkę wśród osiedlowych bloków. Zbliżałam się do domu Aldony i nagle… zobaczyłam go! Leżał w wykopanym przez siebie dole pod jej domem. Zagwizdałam a on od razu do mnie podbiegł! Ciężko mi powiedzieć kto z nas w tamtej chwili czuł większą radość. Skakał na mnie i popiskiwał. Od razu ruszyłam do sklepu aby odkupić mu „jego” saszetkę. Byłam niesamowicie szczęśliwa. Opowiedziałam mamie przez telefon o tym, że mój przyjaciel się odnalazł- była tym faktem wyraźnie zawiedzona. Kolejne 3 dni spędziliśmy razem rozstając się tylko na noc.
Po tygodniu pobytu w Mrągowie dołączyła do nas moja mama. Mieliśmy własne mieszkanie w Mrągowie, na sąsiednim osiedlu, więc zabraliśmy rzeczy od babci i przenieśliśmy się tam. Drogę od babci do mieszkania mama z moim bratem pokonali samochodem- ja upierałam się przy tym abym mogła pójść pieszo, ponieważ bałam się, że zgubię psiaka. Na szczęście mama zgodziła się i tą droge pokonaliśmy spacerując. Do naszego mieszkania przyjechała moja druga babcia, która tam miała się nami opiekować. Początkowo pies zostawał spał pod klatką, z czasem jednak w ciągu dnia pozwalano mi wpuszczać go na klatkę, gdzie czekał na wycieraczce. Na noc pod klatką zostawiałam mu pojemnik z wodą. Codziennie gdy chodziliśmy do sklepu za pozwoleniem babci kupowaliśmy mu ścinki wędlin- to był już duży krok w kierunku przyłączenia psa do naszej rodziny. W naszych relacjach również zaczynały zachodzić zmiany- coraz cześciej głaskałam go i już nie brzydziłam się dotykać.
Straszny zawód przeżyłam gdy jednego ranka zeszłam na dół a pod klatką go nie było. Zniknął… Wróciłam na górę, byłam bardzo smutna. Chciało mi się płakać. Nie rozumiałam, dlaczego odszedł. Siedziałam smutna na kanapie i oglądałam telewizję. Po pewnym czasie babcia zawołała mnie na balkon i powiedziała „Hej, a to nie ten Twój burek?”. Szedł w kierunku naszego bloku od strony osiedla babci na którym go znaleźliśmy! Wrócił! Po raz kolejny poczułam niesamowite szczęście. To było niesamowite- przez cały czas musiał o mnie mysleć, pamiętał o mnie. Wracał na noc na osiedle które znał, musiał mieć tam jakieś swoje miejsce do spania, a gdy nadchodził ranek zawsze pamiętał aby po mnie wrócić! Gdy zbiegłam na dół on już tam czekał. Ucieszył się na mój widok, jak każdego ranka. Wtedy już wiedziałam, byłam pewna, że nie mogę go tu zostawić, muszę sprawić aby rodzice zgodzili się na to, aby z nami zamieszkał! Postanowiłam nadać mu imię- pasowało mi do niego imię zaczynające się na literkę „T”. Wybrałam dla niego imię Toffi, chociaż mama uważała, że lepsze byłoby Killer, bo był o nas okropnie zazdrosny i rzucał się na każdego psa który tylko się do nas zbliżył.
Z racji tej że były wakacje często jeździliśmy na plażę. Nie zabieraliśmy ze sobą psa, ponieważ mama nie chciała brać przybłędy do samochodu. Za każdym razem gdy odjeżdżaliśmy biegł za samochodem a gdy nas zgubił wracał pod klatkę i tam na nas czekał. Stopniowo przesuwał się bliżej domu- po kilku dniach mógł spać na klatce, po kolejnych paru wchodził do domu na czas posiłku. Kroczek po kroczku wstępował do naszej rodziny. Mama jednak nadal na pytanie czy może zostać odpowiedała „NIE”. Prosiłam ją codziennie, płakałam, kłóciłam się, ale odpowiedz zawsze była ta sama. Po jakimś czasie mama postanowiła, że pójdziemy z nim do weterynarza. Chciała zaszczepić Toffiego na wściekliznę, bojąc się aby nas niczym nie zaraził. Zbliżał się dzień w którym tata wracał z delegacji a my mieliśmy opuścić nasze mieszkanie w Mrągowie i pojechać na cały tydzień do hotelu Gołębiewskiego. Był to czas w którym ostatecznie trzeba było podjąć decyzję, co będzie dalej z Toffim. Mama nadal nie zgadzała się na jego przygarnięcie, ale widząc to jak bardzo jest we mnie wpatrzony serce jej miękło. W namawianiu jej pomagała mi babcia i wujek- brat mamy. To oni ostatecznie mieli największy wpływ na to, że Toffi zamieszkał z nami. Po długich negocjacjach, dzień przed wyjazdem, spisałam z mamą bardzo długa umowę w której zobowiązywałam się do opieki nad psem, wychodzeniem na spacery, codziennym odkurzaniem i dbaniem o mieszkanie i wielu wielu innych rzeczy. Udało nam się, Toffi już oficjalnie został członkiem mojej rodziny. W hotelu zachowywał się wzorowo- nie brudził, nie szczekał, idealnie chodził na smyczy, nie wskakiwał na łóżka ani nie żebrał przy jedzeniu, w dodatku uwielbiał jazdę samochodem. Musiał kiedyś mieszkać w domu.
Toffi spełnił moje marzenie o posiadaniu psa. Gdyby nie on, pewnie jeszcze przez wiele lat żaden psiak nie zamieszkałby w naszym domu. Więź pomiędzy mną a nim była bardzo głęboka. Nie raz słyszałam „Jak on niesamowicie jest w Panią wpatrzony!”. Kochałam go i od razu było widać, że on kochał mnie. Był niesamowicie mądry- wydawało się, że wszystko rozumie. Dogadywaliśmy się bez problemu, rozumiał to co do niego mówię, bezbłędnie odczytywał moje gesty. Komunikacja pomiędzy mną a nim zachodziła sprawniej niż między mną a niektórymi ludźmi.
Z całego serca starałam się dbać o niego jak najlepiej- ale i on bardzo dbał o nas. Pewnego dnia gdy byliśmy na urodzinach u cioci która mieszka w domu z ogrodem, zabraliśmy ze sobą również psa. W trakcie imprezy moja mama musiała pojechać do sklepu aby dokupić napoje. Gdy wyszła za bramkę i wsiadła do samochodu Toffi zaczął szczekać i za wszelką cenę chciał wydostać się poza ogrodzenie. Kiedy ruszyła obiegł dom do okoła i przecisnął się przez duże oczko w ogrodzeniu. Pobiegł za mamą. Ruszyłam za nim chcąc go złapać, ale był za szybki. Mama stanęła, otworzyła mu drzwi i zawołała aby wszedł. On jednak nie zamierzał z nią nigdzie jechać! Biegał w koło samochodu szczekając. Kazał jej wrócić! bał się, że zostawiła nas tam i ucieka! Dobiegłam do samochodu i wzięłam go na ręcę, dopiero wtedy udało mi się go trochę uspokoić. Wróciliśmy do ogrodu, ale w pełni wyciszył się dopiero gdy mama wróciła do nas.
Dwa lata od momentu gdy Toffi zamieszkał z nami zachorował. Miał niesamowite powodzenie u kleszczy, pomimo środków odstraszających zbierał ich dziesiątki. Niestety któryś z nich zaraził go babeszjozą. Toffi był w bardzo złym stanie. Po kilku dniach, które zabrały ze sobą kilka tysięcy złotych udało mu się jednak wrócić do zdrowia. Był bardzo silnym psem.
Toffi jeździł z nami wszędzie- nad morze, na kajaki, w góry. Był częścią naszego życia. W marcu 2014 roku, w wieku 15 lat ponownie zachorował na babeszjoze. Pomimo swojego wieku był bardzo żwawy, lubił biegać, miał wszystkie zęby i był w świetnej kondycji. Po kilku dniach leczenia wydawało się, że już wraca do formy. Niespodziewanie jednak babeszjoza przemieniła się w postać atakującą układ nerwowy. Toffiego sparaliżowało- miał zesztywniałe wszystkie kończyny i głowę, nie mógł nimi poruszać. Pomimo to nie poddawałam się i dalej o niego walczyłam. Nie mógł sam nawet siedzieć- sztywne kończyny uniemożliwiały mu siedzenie, stanie, lub też zmianę pozycji. Poiłam i karmiłam go ze strzykawki. Pomimo tego paraliżu nadal miał pełną świadomość- nie mógł się poruszyć a nie chciał mnie zawieźć i nie załatwiał się w domu. Siku robił dopiero wtedy gdy wynosiłam go na podwórko i kładłam bezwładnego na trawie. Wtedy na leżąco załatwiał swoje potrzeby. Mijały dni a jego stan się nie poprawiał. Było tak źle, że weterynarz zasugerował eutanazję. Jedyną szansą było przetoczenie krwi które dawało tylko promil szansy i było bardzo drogie. Toffi był jednak moim najlepszym przyjacielem, stworzeniem które było całkowicie mi oddane i miało tylko mnie- nie mogłam wiec nie podjąć dalszej walki o niego. Niestety przetoczenie krwi nic nie dało. Gdy kolejnego dnia stan Toffiego nie uległ poprawie podjęłam decyzję o eutanazji. Widziałam, że był tym wszystkim już bardzo zmęczony- ani razu nie zapiszczał, ani razu nie pokazał, że go boli, ale ja widziałam że strasznie cierpi. Do tej pory nie mogę sobie wybaczyć tego, że zadecydowałam o jego odejściu. Toffi odszedł 13 marca 2014 roku,walczył przez 13 dni, w tym czasie na jego leczenie wydałam ponad 2 tysiące złotych. Moje mięsieczne dochody wynoszą 1000zł, resztę kwoty musiałam pożyczyć, ale na życie przyjaciela byłam gotowa wydać każde pieniądze. Niedługo minął dwa lata od jego śmierci a ja nadal nie przesypiam nocy płacząc z tęsknoty za nim. Obecnie mieszka ze mną inny pies, Drako, którego również kocham- nigdy jednak z żadnym psem nie stworzę już takiej więzi, jak z Toffim.
Ostatniego dnia przed pójściem do weterynarza, gdy już wiedziałam, że to nasz ostatni wspólnie spędzony dzień, wyszłam z Toffim przed blok, usiedliśmy na trawniku i słuchaliśmy piosenki Myslovitz-Polowanie na wielbłąda. Moją opowieść zakończę cytatem z tej piosenki: „ W moim domu mieszkał ktoś, kto przynosił szczęście”.

Super .

majka122018

 
Posty: 1
Od: Pon mar 05, 2018 18:43

[poprzednia]



Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 2 gości