
I tak sobie popatrzyłam po osiedlu - żadnych kotów, okienka piwniczne pozamykane.. i pomyślałam sobie, że to dobrze, że u mnie w bloku w piwnicy nie ma szans na kolejne koty, bo i tak długo by się nie utrzymały.. A Mrówka i Pyśka są już dawno u mnie..
No i po drodze do domu spotkałam sąsiadów, tych samych, którzy dokarmiali Pyśkę i jej rodzeństwo, jak jeszcze maluchy mieszkały w piwnicy.. I dowiedziałam się, że od miesiąca w naszej piwnicy siedzi mała bura kicia.. ktos z mieszkańców wyrzucił ją do piwnicy..

Małe, troszkę wystraszone, ale strasznie glośnie footerko, bo właśnie ma ruję..
Poszłam, zakiciałam i o dziwo wylazło i przyleciało do mnie z głosnym mraukaniem.. dało się pogłaskać, chrupek nie chciało, bo cały czas jest dokarmiana przez brygadę remontującą budynek..

Dowiedziałam się też, że podobno nasza pani od wspólnoty mieszkaniowej zastanawia się nad wypuszczeniem koteczki na zewnątrz bez możliwości powrotu..

No i spotkałam w piwnicy jedną z sąsiadek, wściekłą, że śmierdzi kotami, która już chciała dezynfekować posadzkę domestosem..

No i stałam tam i zastanawiałam się co mam zrobić..

W domu osiem własnych footer, w tym chory Puchatek i dwa nieciachnięte jeszcze tymczasowe podrostki..
No nie da się do domu..
Ale do piwnicy zlazłam z torbą kocią.. i postawiłam na podlodze otwartą..
Kicia podeszła prawie od razu, obwąchała i po chwili wlazła do środka..

Nie pozostało mi nic innego, jak zabrać panienkę do weta.. na szczęście lecznica pod domem i pani wet już mnie zna, bo przychodziłam tam z Fumkiem, Pulpetem, małą persiczką i swoim Felusiem..
No i powiedziałam co tym razem mam w torbie i wyjęczałam, że nie mam co z kicią zrobić..
No i anioł w fartuchu weta obejrzał kicię, zbadał, zmierzył temperaturę, sprawdził uszy i zęby, odrobaczył i dał proverę na przerwanie rujki..
I powiedział, że ze dwa dni to kicia może pobyć w lecznicy..

Ale szukam tymczasu na CITO, bo jak nic się nie znajdzie w ciągu tych dwóch dni, to będe musiała znowu ją wypuścić w piwnicy..

Kota jest zdrowa, nie ma pcheł, uszy i zęby czyste, została odrobaczona, już ma książeczkę zdrowia i jest do natychmiastowej adopcji..
Ona jest niesamowita, widziała mnie po raz pierwszy i od razu przyleciała do głaskania.. wetka wtykała jej pastylki do pysia a koteczka nawet nie próbowała użuywać pazurków..
To ewidentnie domowa kicia.. na grzbiecie jest ciemnobura, boczki na pręgowane tygrysio a brzuszek, łapki i prawie cały pysio - białe..
Jest malutka, taka kompaktowa.. ma niecały rok, prawdopodobnie z wiosennego wysypu kociąt.. i ma takie puchate trochę brytyjczykowate w dotyku futerko..


Fotki mam, ale na razie nie dam rady zamieścić, bo komputer nie współpracuje z moim aparatem..
EDIT:
Fotki kici:





A to fotki z lecznicy:






Błagam, pomóżcie mi znaleźć dla niej chociaż tymczas..