Utrata przyjaciela

Kocie pogawędki

Moderatorzy: Estraven, Moderatorzy

Post » Pt lis 01, 2019 0:36 Utrata przyjaciela

Dobry wieczór.

Zastanawiałem się z kim pogadać i padło na to forum. Z doświadczenia wiem że forum dla pewnych pasjonatów rozumie swoje problemy najlepiej.

Trwsc będzie dziwna, nie wiem w ogóle czy tutaj pasuje, ale mam problem. Nie z kotem, bardziej ze sobą. Zastanawiam się co w ogóle pisać, kiedy łzy kapią tak powoli, niczym nie wzruszone, jakby nic się nie stało. To wszystko jest bardzo emocjonalnie, chciałbym Państwu napisać że potrzebuje jakiejś pomocy, nie wiem czy poklepania po ramieniu, czy podzieleniu się swoim doświadczeniem.

W moim domu był już kiedyś kot. Kot o pięknym umaszczeniu i zadbany starą szkołą mojej mamy był karmiony mlekiem i wypuszczany za drzwi. Zawsze wracał, do momentu kiedy przejechało go auto. Wtedy myślałem że to naturalna kolej rzeczy. Czułem sympatię do tego kota, ale myślałem że tak jest dobrze i widocznie tak musiało być. Kot a w zasadzie kotka miała 9 lat.

Potem kota nie było, było dużo lat szczenięcych, moich. Myślałem wtedy o innych rzeczach. Chociaż zwierzęta w mojej rodzinie zawsze się gdzieś tam pojawiały, mam sporo takich wariatów, którzy przygarniają wszystko co człapie i jest napotkane na ścieżce przed nogami :)
Co ciekawe Ci ludzie nigdy nie mają takich konfliktów jak reszta rodziny.

Czuję że się rozgadałem, ale to mi daje trochę ukojenia, trochę zapominam po co tu tak na prawdę przyszedłem. Więc, żeby znowu nie wrócić do tego stanu zanim zacząłem pisać to jeszcze trochę Was pomęczę swoją historią.

Potem. No więc potem był pies, drugi w moim życiu i też tak niezbyt chętnie na początku przyjęty, wiem jak przeżyłem śmierć ostatniego, no nie było to łatwe, ale wtedy miałem osiemnaście lat, kurs na prawko, koledzy, dziewczyny. Jakoś tak kręciłem się w okół orbity tych wszystkich wydarzeń, że dość szybko przeszło.
Ten drugi pies trochę mi odświeżył pamięć. Bałem się tego że znowu go przeżyję. Będę w tym samym korytarzu bezradności bez żadnego wyjścia. Ale pies był bezpański. Na wakacjach przychodził do pobliskich hoteli żeby zjeść jakieś odpadki. Bardzo nerwowy, wystraszony i nieufny. No nie da się nie wziąć takiego psa. Tak zwyczajnie, jeden z najbardziej przywiązanych zwierzaków, co prawda ma już 12 lat, ale nadal żwawa i biega za gumową piłeczką jak szczeniak. Ma dobrze, dom, duży ogród, jest panem na swoich włościach. Wiecie co jest najlepsze? Ten pies jest geniuszem zła! Zrobił podkop pod ogrodzeniem i chodził sadzić klocki na trawnik sąsiada. Sprawa wyjaśniona z sąsiadem, żeby nie było. Ale i tak byłem dumny...

No i tak w sumie to nie sądziłem że pojawi się kolejne zwierzątko w moim domu. No może drugi pies, ale potem to też odchodziło na coraz to dalszy plan. Przez to piesek się starzał-ma teraz 12 lat. Drugi pies to mógłby być stres dla takiej jedynaczki, która śpi na łóżku, ma swoje indywidualne miseczki. A za służbę pilnego obserwatora deski do krojenia zawsze dostaje nagrodę.

Jednak. Moja żona ma ciągotki do kotów. Lubi je. Zupełnie nie rozumiałem dlaczego. Był kiedyś w domu kot. Zapamiętałem go jako takie zwierzątko indywidualistę, raczej miał gdzieś domowników. Nawet pogłaskać się nie dał, no po co mi taki sierściuch, któremu dam jeść a on mnie będzie nienawidził. Co innego pies. Merda ogonkiem, czeka pod domem, cieszy się że wracam z pracy. Prawdziwa kumpela.
Zresztą kot wpadnie po auto, one na obrzeżach miasta wszystkie tak kończą. To były argumenty nie do przeforsowania, ale ja już wiedziałem że jestem na skraju, widziałem te małe kotki w internetach. Byłem trochę urabianiy, fakt, ale poczułem że następnym razem po prostu nie odmowię. To była raczej taktyka- chcesz? Weź Twoja odpowiedzialność. Mnie nie będzie przykro. Myliłem się wtedy, nie potrafię nawet określić jak bardzo.

Kot. To była szybka decyzja, znajomych kotka ma małe. Weźmy jednego, ok, weź sobie jak chcesz. Taka była moja odpowiedź. Oczywiście do momentu aż zajechaliśmy zobaczyć naszego kota. Zakochałem się po raz ,załóżmy że drugi w życiu ;)

Kotek, no to pakiet starowy-zabawa/jedzonko. Na początku to myślałem że whiskas jest fajny. Potem zacząłem czytać co powinien jeść kot. W ogóle zacząłem dużo czytać o kotach, no i te zabawy jak był malutki. Mam to wszystko uwiecznione, trochę może to nienormalne, ale stwierdziłem że koty są całkiem fajne. W ogóle to mój kot, tzn żony... od razu korzystał z kuwety, no kolejny zwierz z którego byłem dumny, pies u sąsiada, kot do żwirku. Żwirek wymieniałem codziennie minimum dwa razy dziennie, kotek dostał do dyspozycji poddasze. Wtedy też padła decyzja że nie będzie wychodził na zewnątrz, z psem na dole też nie będziemy go trzymać dłużej niż 1h dziennie, tak żeby się poznawały, ale miały też trochę swojej prywatności. Tak też kot zaczął u nas podrastać.

Żółteczko, mokra, do uzupełnienia sucha bezzbożowa. Już wiedziałem co to barf i jak wyglądają te zdjęcia, na których są kolorowe tęczę i czarno-białe zdjęcia kota, który przeżywszy ileś tam lat przekroczył tęczowa bramę. Wydawało mi się śmieszne. Mówiłem że to kocie Grażynki.
Kot rósł szybko, wspaniały kot europejski. Umięśniony, żwawy, zwinny i zupełnie bez agresji. Byłem cały udrapany. Normalka, wiem że gdzieś pisali że kota nie wolno uczyć bo potem będzie drapał i gryzł. No jakoś się nie mogłem powstrzymać, mały kotem goniący za palcem. Aż żal żeby tyle potencjału małego drapieżcy leżało i leżało się po łapce. Kiedy kot dorósł nigdy mnie nie podrapał, nie ugryzł. Był łagodny, zupełnie inny niż moje wyobrażenie kota.

Do sedna. Nie wiem czy to jakiś taki egzemplarz, czy są macie takiego kota u siebie. Kota, który Cię bezgranicznie kocha. Mój kot stał się taką przylepną że czasami już miałem dosyć jego towarzystwa. Kiedy byłem w domu to nie zostawiał mnie dalej niż metr od siebie, wiecznie gdzieś obok, a jak tylko usiadlem to na mnie i mruczenie. Kwestią czasu było to że zacząłem do niego gadać, wiem że też to robicie. Chyba dlatego wybrałem to forum. Liczę na zrozumienie. Tego po co to piszę.

To była taka dziwna transformacja. Zacząłem kochać kotki. Nie mogę ich wszystkich wziąć do domu, ale nigdy nie przeszedłem obok bezdomnego obojętnie. To jest niesamowite że koty do mnie przychodziły. Tak po prostu, mojej żonie się nie udawało ich dotknąć, do mnie przyzaliły normalnie. Żartowałem nawet czasami że nie będę dotykał bo przyniosę coś naszemu. No, ale nie wydrapać bezdomniaka to grzech. Tymaczem mój kotek zaczął dorastać, znaczyć teren i niemiłosiernie miauczeć pod drzwiami. Zapadła decyzja że trzeba go wykastrować.
To naturalna kolej rzeczy, wszędzie piszą że tak trzeba. Że to obowiązek właściciela. Umówiłem się na termin u weterynarza. Badania, wyniki idealne, kotek zdrowy, żadnych przeciwwskazań. Jedynie ta pier*olona klauzulka do podpisania. Wiecie co mam na myśli? Weterynarz dobry, znam, zaufany. Zajmuje się naszym psem, kot też u niego był. Decyzja-zostawiam.
Kotek po zabiegu wybudzony, wyglądał strasznie, zataczał się, ale byłem na to przygotowany. Wzruszyłem się bo po przyjeździe do domu takim chwiejacym się krokiem, ledwo patrząc na jedno oczko wlazł do kuwety i tam się załatwił. Porządny kot, chluba właściciela. Potem to prawie standardowa procedura, bo prawie. Kot miał leżeć nisko i w ciepłym miejscu. Jak zwykle wybrał mnie jako swój grzejnik, tak zawinięty w kocyk przeleżał że mną kilka odcinków serialu na HBO.
Noc, to była straszna noc, nie chciał że mnie zejsć. W ogóle nie spałem, osuwał się, łapałem go żeby nie spadł. Jakoś przeżyliśmy, ja do pracy jak zombie. Kotek zawinięty jak noworodek, ale nadal na moich nogach. Stał, pewniej, prawie jak dawniej, skoczył, zbadał teren i wrócił. Pod wieczór powrócił już w pełni witalny. To był piękny tydzień, codziennie po pracy razem, jak najlepsi kumple. Zabawy, jedzonko, wszędzie razem. W nocy na mnie mrucząc, w dzień jak tylko wróciłem z pracy od razu przy mnie.

Wczoraj wróciłem z pracy jak zwykle. Kotek osowiały, inny. Nie przywitał się, leży w kącie łóżka. Chłodniejszy niż zwykle, bez namysłu telefon, weterynarz. Nasz już nie przyjmował, skierował do koleżanki. Przedarłem się przez korki jak ostatni pirat. Zajeżdżając, klnąc w niebo głosy na innych kierowców. 15 minut, jesteśmy na miejscu. Pani doktor mówi że kot jest w bardzo ciężkim stanie. Prawdopodobnie woda w płucach. Może się uderzył? Gdzie jak to jest niewychodzacy rasy pościeluch. Albo śpi na fotelu albo jak wracam to jest non stop obok mnie. Dyżur w szpitalu dla zwierząt, tam mnie odsyła. Jadę l, już bardzo szybko, auto gdzieś na środku ulicy, mam w dupie że trąbią. Wpadłem tam jakbym zupełnie nie wiedział po co są klamki, te drzwi prawie wypadły z framugi. Stół, szukanie żył, kot w ciężkim stanie. Ale dlaczego? Nikt nie mówi. Trzymam go za główkę, glaskam, wiem że to są ostatnie nasze chwile. Czekam na cokolwiek. Widzę jak ten kot cierpi, zastanawiam się dlaczego? Czy Ci lekarze wiedza na pewno co robią? Targały mną ogromne emocje, fizycznie też jestem duży, tak mama karmiła :) po prostu urosłem, taka bezradność u prawie dwumetrowego faceta? Co robić, wiem że trójka lekarzy wiedziała co robić, ale nie widziała co mówić. Rozumiem to, to są sekundy, ciężko tak stwierdzić. Nie mam do nikogo żalu. Ale dlaczego umarł, tak po prostu? Dlaczego? Nikt nie umie powiedzieć, a może miał pan tramal na wierzchu? Tramadol, albo pewnie zjadł jakiś kwiatek. Tam gdzie był mój kot nie było zadnych leków, ani kwiatków.
-na ch*j mi tramal i kwiatki, które rosną w ogrodzie.
-acha, westchnęła pani weterzynarz
Zostawia Pan kota czy bierze? Paragon odbierze pan w kasie.
Gdyby to nie była Pani doktor, tylko pan to nie wiem czy by go pozszywali na SORze. Wątpię

Tak właśnie wczoraj odszedł mój najlepszy kumpel. Przyjaciel, który był zawsze obok. I już drugi dzień nie umiem przestać płakać. Oddalem już wszystkie karmy kuzynce, która ma dwa koty z ulicy. Ja już nigdy nie będę miał kota, mam potężną traumę, mój najlepszy kumpel umarł wczoraj na moich rękach. Bezsilny, bez jakiegokolwiek powodu, bez wytłumaczenia. Może trzeba było tak jak moja mama, dawać mleko, troszczyć się żeby miał wikt i opierunek, ale nie używać się tak bardzo. Nie wiem, nie umiem bez niego żyć, w każdym kącie czuje jego obecność, gdyby ktokolwiek wczoraj powiedział że wie na co jest chory i zaproponował lekarstwo za 50 tysięcy to bym zapłacił bo nasza przyjaźń była warta niż wszystkie pieniądze świata. Lepsza niż jakakolwiek z człowiekiem, rozumieliśmy się bez słów, wystarczyło na siebie popatrzeć. Koty mają bardzo mądry wzrok. Nigdy nie zrozumiem dlaczego ludzie tworzą takie głupie podziały na wyższość kota czy psa. Każde ma swoje zalety i każde pozostawia ogromną pustkę po odejściu. Pustkę taką której nie da się wypełnić niczym.

Dziękuję za przeczytanie, wiem że się rozpisalem bardzo, ale muszę się z tym podzielić. Ciężko gadać że znajomymi, taki t'f'ardziel i się maże z powodu kota małego. Jestem po prostu psychicznie zwalcowany, na prawdę wolałbym żeby go auto przejechało nóż taka cholerną bezradność. To że nie mogłem mu pomocą.

Nie umiałem, a to był mój najlepszy przyjaciel.

PanX

 
Posty: 4
Od: Czw paź 31, 2019 22:46

Post » Pt lis 01, 2019 0:58 Re: Utrata przeyjaciela

Mogę tylko napisać, że rozumiem. I bardzo współczuję.
Nasz wątek:
viewtopic.php?f=46&t=187577
Wątek kotów Joli Dworcowej:
viewtopic.php?f=1&t=191624
Kącik Muzyczny
viewtopic.php?f=8&t=190784
Zjawiska niewytłumaczalne, opowieści o duchach i nie tylko
viewtopic.php?f=8&t=194190

jolabuk5

 
Posty: 20843
Od: Nie paź 16, 2005 14:56
Lokalizacja: Łódź

Post » Pt lis 01, 2019 1:19 Re: Utrata przeyjaciela

Żegnaj kocie (*)
Czas leczy rany
Z tego co zrozumiałam kot odszedł tydzień po kastracji ?
Ratując go robili jakieś badania ,próbowali ratować ?
Czy jakoś tak - płyn w płucach ?
Coś poszło z kastracja nie tak
Może sie zachłysnął wymiotami i zapalenie płuc

anka1515

 
Posty: 2416
Od: Nie gru 25, 2011 16:05

Post » Pt lis 01, 2019 2:28 Re: Utrata przeyjaciela

U pierwszej pani weterynarz diagnoza była taka że kota zalewa i to woda w płucach, w szpitalu próbowali mu dać kroplowke, ale już się nie udało.Utrata żył, diagnoza ostateczna mocznica. Pani doktor stwierdziła po zapachu. Co ja mogę zrobić, podpisałem u weterynarza który robi zabieg kastracji dokument o tym że jestem świadomy zagrożeń. Kot wybudzony, tydzień cały biega normalnie, nic mu nie dolega, był na badaniach kontrolnych, tam wszystko ok, goi się, żadnych niepokojących objawów. I nagle, równo tydzień po zabiegu kot zupełnie jak po narkozie, ospaly, wychłodzony. Nie wiem co się dzieje, wiec ufam lekarzom, którzy biorą za to pieniądze. Wiem tyle ile napisałem, żadnych informacji więcej. Można przeprowadzić sekcję. Tylko ja nie chcę żeby tym kotem poniewierali studenci na praktykach.

Badań nie było dalszych, nie było czasu. Nie wiem, gdyby nie był tego dnia w pracy może wszystko to wyglądałoby inaczej, te kilka godzin gdyby udało się cofnąć.

PanX

 
Posty: 4
Od: Czw paź 31, 2019 22:46

Post » Pt lis 01, 2019 2:46 Re: Utrata przeyjaciela

Pierwsza Pani weterynarz osłuchała kota, stwierdziła możliwość wody w płucach. Zostałem odesłany w trybie pilnym do całodobowego szpitala dla zwierząt. Druga Pani wet stwierdziła że stan jest bardzo zły, wezwała dwóch lekarzy, albo asystentki, nie wiem. Wkuwaly mu wenflon, bezskutecznie, nie mogły znaleźć żył obie łapki ogolone, wkucie w mięśnie i diagnoza że kot już przestaje oddychać. W tym momencie zostałem wyproszony z sali zabiegowej. Trwało to może 15 minut, nie wiem, zgubiłem poczucie czasu. Potem wyszła pani doktor i oznajmiła że kot nie żyje. Mogę zrobić sekcje, choć jej zdaniem to mocznica, kot na stole z otwartymi oczami, formalności, paragon, piesek czeka w kolejce.
Nie chciałem sekcji, nie chce żeby męczyli tego biednego kota, rozumiem że ktoś pracuje na dyżurze i jest zmęczony. Dlatego nie miałem pretensji. Byłem u weterynarza, który przeprowadzał zabieg. Mówił że to może na skutek narkozy, ale stwierdził że to by wyszło wcześniej. Ten kot zbierał się do życia, zero jakiś oznak że coś mu dolega, byliśmy na wizycie kontrolnej. Na prawdę żałuję że uległem namowom, mógłby sikać i miauczeć, nie potrzebnie go oddawałem na ten zabieg, pewnie teraz byśmy spali jak zawsze a nie robiłbym remontu ściągając drapaki i malując ściany tak żeby jakoś mniej wspomnień tu było. O 3 nad ranem, po takich widokach to się po prostu nie da spać.

PanX

 
Posty: 4
Od: Czw paź 31, 2019 22:46

Post » Pt lis 01, 2019 6:53 Re: Utrata przeyjaciela

Przykro bardzo, szkoda kocia, był młody. Może był na coś chory co ujawniło się po zabiegu? Nie wiem czy były badania robione przed kastracją? Serce masz otwarte więc On się pojawi znowu tylko w innym futerku....

aga66

 
Posty: 2808
Od: Nie mar 05, 2017 18:46

Post » Pt lis 01, 2019 14:17 Re: Utrata przeyjaciela

[*] Koteńku

"Zapłacz, kiedy odejdzie,
jeśli Cię serce zaboli,
że to jeszcze za wcześnie
choć może i z Bożej woli.

Zapłacz, bo dla płaczących
Niebo bywa łaskawsze,
lecz niech uwierzą wierzący,
że on nie odszedł na zawsze.

Zapłacz, kiedy odejdzie,
uroń łzę jedną i drugą,
i - przestań nim słońce wzejdzie,
bo on nie odszedł na długo.

Potem rozglądnij się w koło,
ale nie w górę; patrz nisko
i - może wystarczy zawołać,
on może być już tu blisko...

A jeśli ktoś mi zarzuci,
że świat widzę w krzywym lusterku,
to ja powtórzę: on wróci...
Choć może w innym futerku

/F.J. Klimek/

Wielu z nas przeżyło stratę przyjaciela i doskonale Cię rozumie, nie jesteś sam, jesteśmy z Tobą...

makrzy

 
Posty: 245
Od: Sob sie 04, 2018 14:23
Lokalizacja: śląsk

Post » Pt lis 01, 2019 18:20 Re: Utrata przeyjaciela

Dziękuję Wam.
Wiem że nie wróci, ale zaczynam się z tym godzić. Mam też wyrzuty sumienia, widzę te wszystkie ślady po pazurkach na oknach dachowych. Mam takie uczucie jakbym był największym egoistą świata, w zamknięciu, ciche ślady po tym jak tam sobie wchodził i chciał dotknąć ten świat za oknem. Więzień ludzkiej zachcianki. Tak samo było z tą cholerną kastracją. Po co? Niech by sobie obsikiwał swoje miejsca. Czuję się jak ostatnia świnia, naczelnik wiezienia, w którym zamknąłem sobie zabawkę do przytulania.
Myśleliście kiedyś o tym? Bo do mnie to wraca cały czas.
Myślę o domu tymczasowym, chciałbym pomagać, ale tak żeby się nie zaprzyjaźniać, może to będzie rozwiązanie. Mam dużo miejsca, całe poddasze jest zaadoptowane dla ludzi i kota. Dużo belek drewnianych, drapaki, miejsca po których można się wspinać. Kilka kuwet. Mógłbym przechowywać koty, może to by jakoś zatamowało przeciek tych myśli. Nie wiem.

Orientujecie się jak to od strony technicznej wygląda? Jakie wymagania trzeba spełniać? Jak się to formalizuje? Tak żeby koty do adopcji były potem oddawane komuś kogo można sprawdzić.

PanX

 
Posty: 4
Od: Czw paź 31, 2019 22:46

Post » Pt lis 01, 2019 19:42 Re: Utrata przyjaciela

A z jakiego miasta jesteś?
Nasz wątek:
viewtopic.php?f=46&t=187577
Wątek kotów Joli Dworcowej:
viewtopic.php?f=1&t=191624
Kącik Muzyczny
viewtopic.php?f=8&t=190784
Zjawiska niewytłumaczalne, opowieści o duchach i nie tylko
viewtopic.php?f=8&t=194190

jolabuk5

 
Posty: 20843
Od: Nie paź 16, 2005 14:56
Lokalizacja: Łódź

Post » Pt lis 01, 2019 20:51 Re: Utrata przyjaciela

Autorze wątku, przyjmij wyrazy współczucia.Niestety,na tym forum są tuziny ludzi którzy to też przechodzili.. :cry: niektórzy wielokrotnie :cry: :cry: .Dobrze że pozostajesz empatycznym :ok: .Znamy b.podobną osobę o praktycznie identycznej historii. Co do Twojej chęci pomocy skontaktuj się z fundacjami/ oddziałemTOZ(oni ledwo wyrabiają a mają nieraz dramatyczne sytuacje), funkcjonującym w Twojej okolicy.Na 100% są obok Ciebie takie organizacje. DT to bardzo dobry pomysł.Jeżeli masz warunki to weź "nieszczęście" zwł.brzydkie czy potrzebujące szczególnej pomocy.Takim trudniej o adopcję.
A co do losów Przyjaciela.Woda w jamie opłucnej to bardzo niedobrze,raczej one z tego nie wychodzą.Przyczyna :?: trudno powiedzieć zwł. u kota zaopiekowanego.Weterynarze często podają tylko przypuszczenia np.wirus.Co do powikłań po kastracji -u samców raczej to przebiega lekko(gorzej mają kotki) ale autorytatywnie niech się wypowie ktoś z konkretną wiedzą wet.

Tukot

 
Posty: 25
Od: Pt wrz 07, 2018 10:14

Post » Pt lis 01, 2019 21:40 Re: Utrata przyjaciela

PanX pisze: Mam też wyrzuty sumienia, widzę te wszystkie ślady po pazurkach na oknach dachowych. Mam takie uczucie jakbym był największym egoistą świata, w zamknięciu, ciche ślady po tym jak tam sobie wchodził i chciał dotknąć ten świat za oknem. Więzień ludzkiej zachcianki. Tak samo było z tą cholerną kastracją. Po co? Niech by sobie obsikiwał swoje miejsca. Czuję się jak ostatnia świnia, naczelnik wiezienia, w którym zamknąłem sobie zabawkę do przytulania.
Myśleliście kiedyś o tym? Bo do mnie to wraca cały czas.


Nie więziłeś go, zapewniłeś mu bezpieczny dom.

W ciągu ostatnich trzech miesięcy znosiłam z drogi 3 ciała. Do dzisiaj czuje ich ciepło, jeden umarł na moich rękach :cry:
Wielu uznałoby wioskę w której mieszkam za bezpieczną a jednak...
dwa z nich zginęły nie dalej niż 3 km od mojego domu.
Nie wspomnę o wałęsających się psach, maszynach rolniczych, trutce na myszy, przecież to wiesz...

makrzy

 
Posty: 245
Od: Sob sie 04, 2018 14:23
Lokalizacja: śląsk

Post » Pt lis 01, 2019 21:47 Re: Utrata przyjaciela

Rycz, płacz, krzycz: to normalne. Każdy tu na forum przechodził coś podobnego. Ja pożegnałam już kilka kotów, najbardziej się buntowałam z powodu śmierci 7-miesięcznej Mruczki. Ona co prawda jako jedyna odeszła "sama", innym musieli pomóc weci, czułam się wtedy paskudnie, jakbym sobie przypisywała rolę Boga...

MaryLux

 
Posty: 136858
Od: Pon paź 16, 2006 14:21
Lokalizacja: Wrocław

Post » Sob lis 02, 2019 7:40 Re: Utrata przyjaciela

MaryLux pisze:Rycz, płacz, krzycz: to normalne. Każdy tu na forum przechodził coś podobnego. Ja pożegnałam już kilka kotów, najbardziej się buntowałam z powodu śmierci 7-miesięcznej Mruczki. Ona co prawda jako jedyna odeszła "sama", innym musieli pomóc weci, czułam się wtedy paskudnie, jakbym sobie przypisywała rolę Boga...


MaryLux dobrze mówi. A kot w domu nie jest więźniem - to jego świat, mały i bezpieczny. Moja pierwsza kotka wpadła pod samochóo i do dziś, od 6 lat nie mogę sobie przebaczyć, ze ją uśmierciłam. Nie miałam wtedy pojęcia o kotach i niebezpieczeństwach im grożących, wydawało mi się, że mając do dyspozycji duży ogród nie będzie nigdzie chodziła. "Szczęśliwa" była 1.5 roku a moje kotki, które nastały po niej mają teraz po ok. 6, 6 roku i żyją w domu, wychodzą jedynie do woliery. Może woliera jeśli masz możliwość ją zrobić pomogłaby na twoje rozterki? Ja od razu po śmierci jednego kota (a przechodzłam to 3 razy) brałam następnego i działało bo zagłuszało żal. I wszystkie to bidy uratowane więc się cieszę, że żyją u mnie szczęśliwie.

aga66

 
Posty: 2808
Od: Nie mar 05, 2017 18:46




Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: ametyst55, Blue, catwwoman81, Google [Bot], Vi i 40 gości