
Opiszę od początku, żeby naświetlić sytuację.
W bloku obok na parterze mieszka pewna pani. To pod jej balkonem stoi budka dla kotów.
Jakieś 2 lata temu zabrała Malinkę do siebie. Ma jedną kotkę. Miała wtedy psa, później drugiego.
Psa już nie ma, bo podobno ktoś go otruł. Nie znam histroii więc nie pwoiem jak było, nawet mnie to nie interesuje.
Malinka jednak nie chciała u niej mieszkać bo bała się psa i uciekła z powrotem na pole. Na polu mieszkała dwie zimy, nie chciała wchodzić do mieszkania. Jednak do piwnicy u pani wchodziłą bardzo chętnie, nawet na górę do mieszkania za nią szła.
Nagle dziś paniusia się obudziła, jak usłyszała, że kotka ma jechać i oświadczyła, że TO JEST JEJ KOT.
Do tej pory utrzymywała, że na zimę weźmie do domu jakiegoś kotka bez oczka, ale też okazało się wczoraj, że go nie weźmie, bo jej kotka na niego syczy. Więc weźmie Malinkę.
Jakby pani Grażyna wiedziała, że tak zareaguje to by nic nie mówiła, ale nie spodziewała się, myślała, że ona tez się ucieszy, że kotka wreszcie będzie miała dom. Baba strzeliła focha i poszła z balkonu obrażona. Gdy Malinka zniknie to pewnie będzie robić raban, że się jej kota ukradło. Boję się nawet, żeby jej gdzieś nie schowała.
Ja mogę Malinkę jeszcze dziś jakby była na polu zapakować w transporter i do jutra zamelinować. Ale nie wiem, co zrobić.
Mogę kazać jej zwrócić koszty testów i odpchlenia i podpisać OTOZowską umowę adopcyjną z zaznaczeniem, że jeśli będę widzieć, że kotka nadal się błąka (bo jej zdaniem ona nie chce siedzieć w domu) to będzie równoznaczne z tym, że kota zabieram, ale - cholera - nie ma czasu ! Malinka ma jechać jutro rano.
I co mam zrobić ????
Jeśli już ktoś jest opiekunem kotki to bardziej pani Grażyna niż to babsko. To za nią kotka idzie do klatki i do domu najchętniej by chciała wejść.