ZGINĘŁY/ZOSTAŁY OKALECZONE…
Babcia napisał(a):
Zadzwoniłam 28 kwietnia to weterynarza, aby zapisać Tofika na kastrację. Kobieta ("sekretarka") kazała mi zadzwonić po tym majowym weekendzie. Dobra. Zadzwoniłam 4 maja i zostałam umówiona na poniedziałek (ten za 3 dni). Od wczoraj miałam przeczucie, że stanie się coś strasznego

. Gdy się kąpałam wczoraj wieczorem myślałam o moich kotkach i w tym momencie zobaczyłam na opakowaniu maszynek do golenia liczbę osiem i pomyślałam(

) BEZ TOFIKA.

Po chwili sama do siebie - "przecież mam 9 kotów, co mi się odpier....". Ale strach pozostał. Na noc wszystkie koty wzięłam do siebie do pokoju. Siedziałam i głaskałam Tofika i mówiłam mu: "Proszę cię Tofik tylko mi nie idź na ulicę". Rano strach pozostał. Ale pojechałam do miasta, kilka godzin zleciało i jakoś tak mi na jakiś czas przeszło. Około godziny 17.10 Tofik wbiegł do mojego pokoju i wskoczył na parapet. Siedziałam i głaskałam go. Po kilkunastu minutach wyszedł z mojego pokoju. Gdy odchodził pomyślałam "tylko żeby on na siebie uważał". Położyłam się na łóżko i zaczęłam głaskać kociaki. Usłyszłam łupnięcie samochodu na szosie. Od razu wiedziałam, że to Tofik.

Pobiegłam do niego. Gdy podeszłam jeszcze miał ostatnie drgawki. Zabrałam go i przytuliłam mojego koteczka, a łzy ciekły mi po policzku. Przecież on miał być do cholery jasnej w poniedziałek kastrowany!!!!!!

Jak on mógł umrzeć!!!!!! Wzięłam go na ręcę i zaniosłam do mnie za stodołę, położyłam go na snopku ze słomą. Usiadłam i głaskałam go. Po jakimś czasie zrobił się zimny.

Wzięłam szpadel i wykopałam chyba metrowy dół. Usiadłam znowu koło Tofika i głaskałam go i płakałam.

. Zakopałam go. I usiadłam na snopku i tylko patrzałam.

O wpół do siódmej poszłam do domu i położyłam się na łóżko z moimi malcami. Nawet teraz płaczę. Dlaczego on teraz musiał umrzeć?

Dziękuję Ci Tofiś, że istniałeś,
Dziękuję, że ze mną byłeś,
Dziękuję, że mogłam Cię kochać
I że mogę Cię nadal kochać.
Mam nadzieję, że o mnie nie zapomnisz
I się kiedyś spodkamy.
Kocham Cię nadal Tofiku! I nigdy o Tobie nie zapomnę.
Mam nadzieję, że teraz jesteś pięknym rudym aniołkiem i jest Ci tam lepiej niż mnie tutaj. Nigdy Cię nie zapomnę
Kasia

Link:
http://forum.miau.pl/viewtopic.php?p=1664619#1664619bluerat napisał(a):

ten kot miał szczęście w nieszczęściu, żyje, tą ranę najprawdopodobniej da się wygoić, mruczy przy jej czyszczeniu

ale jak tylko go zobaczyłam, już wiedziałam że to niekastrowany wychodzący kocur
ile innych tego szczęścia nie miało?
Link:
http://forum.miau.pl/viewtopic.php?t=43308&start=15Miniu napisał(a):
Hej,
Chciałabym ostrzec wszystkich wypuszczających swoje kotki na dwór, mieszkających w większych lub mniejszych miastach ale w blokach. Jeżeli wypuszczacie swoje kociaczki na dwór (nawet na parę godzin) musicie się liczyć z możliwością, że kot może wrócić w stanie napradę opłakanym i to nie z powodu pogryzienia go przez psy, tylko z winy ludzi, którzy przez swoją głupotę lub nieuwagę mogą skrzywdzić tak niewinne stworzonko jakim jest kotek.
MOja kotka (Monka) półtora tygodnia temu wrócila z rannego spacerku niestety tylko już na dwóch nogach, ciągnąc cały "tył" za sobą. Następnego dnia okazało się że ma zwichnięty prawy staw biodrowy i konieczna jest operacja (wycięcie główki kości biodrowej, itd. same nieprzyjemne rzeczy). Nie miała żadnych śladów po pogryzieniu więc to nie mógł być pies. Sama raczej z niczego nie skoczyła, bo w okolicy nie ma wysokich drzew i za bardzo nie miałaby z czego. To mogło byc wszystko, ale najbardziej prawdopodobne jest to, że po prostu ktoś albo potrącił ją rowerem, albo (jak przycupneła sobie koło krzaczka) potrącił nogę.
Kotka bardzo się ocierpiała (przed i po operacji). Na szczęście wraca już powoli do zdrowia (dzisiaj miała ściągnięte szwy). Za jakieś 5 tygodni powinna normalnie chodzić, ale nie wiadomo czy będzie jeszcze kiedykolwiek skakać.
Naprawdę trzeba bardzo uważać, ja już nie wypuszczam moich kotów samych na dwór w obawie o inne rzeczy, jakie mogą się im przytrafić (złamania, pogryzienia i inne), a koty były tylko przed blokiem, nigdzie dalej nie odchodziły.
Tak ku przestrodze, jeżeli decydujecie się na wypuszczanie swoich kochanych kociaków na dwór to zawsze może się coś im przytrafić i sa narażone naprawdę na wiele niebezpieczeństw.
To wasz wybór...
Link:
http://www.forum.miau.pl/viewtopic.php?t=32205Gabys napisał(a):
Not tak... wypuszczanie...
To bywa niebezpieczne i na wsi!
Zawsze moje koty wychodziły, żyły dość długo (ale bez przesady), nie wiedziałam wtedy, że mogą żyć dłużej. Były szczęśliwe i bezpieczne - w okolicy sami tacy, co zwierzętom krzywdy nie robią. I nagle...
W czerwcu w ciągu dwóch dni oba moje koty zostały postrzelone z wiatrówki - bo jakiś idiota szukał sobie ruchomego celu... Tigger dostał w brzuch i niestety nie udało się go uratować. Luna oberwała w kość ramieniową - kość się złamała, ale dzięki opiece weterynaryjnej udało się ocalić i kota i łapę. Przez 6 tygodni była w domu. Nie myślałam, że ją jeszcze wypuszczę. Była jednak taka nieszczęśliwa... a do tego stała się niebezpieczna; gryzła, o mały włos nie wydrapała oka psu, który ją nieopatrznie powąchał gdy spała... Bałam się, by nie zrobiła krzywdy dzieciom.
Poddałam się Luna znów wychodzi, ale Bond nie i żaden kolejny kot. Nawet okolica bezpieczna może przekształcić się w bardzo roźną. Wiem coś o tym.
Link:
http://www.forum.miau.pl/viewtopic.php?t=32205mrumrando napisał(a):
Właśnie wracam z lasu.... i podbiegają do mnie dzieciaki i mówią że Tilla potrącił samochód. Przezył i podpełz do samochodu, a potem znów gdzieś podpełz, bo ten samochód odjechał. Nie wiem poprostu co robić szukalam już chyba wszędzie Mam nadzieję, że jeszcze żyje. Bo mowili, że bardzo krwawil. Teraz zrestza i tak są małe szanse że go znajdę bo jest w szoku pewnie ;( Ile gdzieś może trwać ten szok? Może wtedy by probowąl wróci:( Jeju... Nie rozumiem... ci ludzie co go potrącili to sąsiedzi z innej klatkI! Widzieli że jest ranny! Czemu nie wzieli go i nam nie dali!?Jak tak można:( Błagam żeby żył
(…)
Tutaj znajdzie watek:
http://forum.miau.pl/viewtopic.php?p=1341646#1341646Niestety Till nie miał szans na przeżycie

Miał rozszrapne tylne łapki, uskzodzone wszystkie nerwy, kręgosłup i miał gangrene:( On poprostu powoli zdychłam. Dziś niestety został uśpiony

Zasnął na zawsze;(
Link:
http://forum.miau.pl/-t-swieczk-zaplam- ... eb3251449fjasenka napisał(a):
Mieszkamy tu stosunkowo niedługo i nie znamy jeszcze wszystkich sąsiadów, ale piękny niebieski rusek sąsiadów z kolejnej klatki nie mógł ujść niczyjej uwadze. Kocio mieszkał na parterze i często defilował sobie pod naszym balkonem. Cudny był! Jak wychodziłyśmy z Alfą na spacerek, to przychodził sie witać. Wszyscy sąsiedzi go znali i lubili, wszystkie osiedlowe psy go akceptowały. Od jakiegoś czasu go jednak nie widziałam. Myslałam, że może pojechał z Państwem na wakacje.
A tu dzisiaj dowiaduję się od Pań w sklepie zoologicznym, że facet z domków jednorodzinnych miesiąc temu ZASTRZELIŁ MISZĘ!!!
Ręce mi opadły... Chcielismy z sąsiadami wziąć jakiegoś nieoswajalnego biednego kota do piwnic, bo u nas kotostan zerowy... Pomysł upadł!
Czy jest jeszcze ktoś, kto uważa, że kotu sie wolność należy i powinien wychodzić...? Może najpierw pozamykajmy w klatkach wszystkich debilnych ludzi! A na razie trzymajmy nasze koty w zamknięciu!
(…)
Poznałam Panią Miszy... Była u mnie... Wiem wszystko. Strasznie to smutne...
Misza miał być kotkiem niewychodzącym, ale okazał się z gatunku tych, co kochają wolność i uciekał najmniejszą dziurką... Państwo nie zabezpieczyli okien, bo kot jednak wracał, myśleli, że skoro tak wybrał - będzie szczęśliwszy. Już tak nie myślą...
Kiedy to sie stało rodzina była na urlopie. W domu był tylko młodszy (chyba 20 letni) syn tej Pani. Sąsiadka zawołała go do kota na trawniku. To był Misza. Z kulą w głowie doczołgał sie prawie pod sam dom... zabrakło jakieś 50 metrów...
Dozorca pochował kota pod choinką, bo chłopak nie był w stanie...
Rodzina strasznie cierpi z powodu straty Miszy, ale nie będę opisywać, bo to co usłyszałam wydaje mi sie zbyt osobiste, żeby o tym mówić publicznie. Zresztą myślę, że możecie sobie wyobrazić.
Facet, którego podejrzewa się o zabicie kota ma na swoim koncie już kilkanaście... Strzela do nich, a potem zawiesza w foliowych workach na swoim płocie !!! Pisano już o nim w gazetach, wytoczono mu proces. Krąży plotka (to niepotwierdzona informacja), że postrzelił też jakiegoś chłopaka. Facet proces sądowy wygrał Teraz pokrzywdzone osoby zbierają sie wspólnie, żeby wystąpić przeciwko niemu w więcej osób. Ale nie wszyscy maja siłę i nie wszyscy chcą to przechodzić jeszcze raz.
Link:
http://forum.miau.pl/zastrzelili-kota-s ... highlight= MariuszM napisał(a):
Witam,
W pierwszym zdaniu napiszę to co najważniejsze - Felek niestety nie żyje:((( Został zastrzelony przez "człowieka", myśliwego, znaczy mordercę.
Tu cały wątek:
http://forum.miau.pl/zagin-kot--vt32139.html?highlight=zagin%B1%B3+kotWięcej szczegółow:
Tak jak mi radziliście w całej okolicy wywiesiłem ogłoszenia o zaginięciu Felka. Przez kilkanaście dni nic, cisza...
Wczoraj rano zadzwoniła jakaś babka, ze wdziała ogłoszenie i wie gdzie jest nasz kot.
Okazało się, że kociak leżał w rowie, 300m. od naszego domu, na skraju osiedla, przy ruchliwej ulicy.
Ojciec pochował Felka u nas na działce, jak sam przyznał, zalewając się łzami.
Felek został zastrzelony z broni myśliwiskiej, dostał strzał w tylną część ciała, w biodro.
Na podstawie oględzin ojciec doszedł do wniosku, że kot został zastrzelony z bliska (strzał od góry, kula przeszła na wylot). Zdaniem ojca kot męczył się, gdyż ten strzał z całą pewnością nie był śmiertelny.
Najpewniej smieć strzelał wracając/idąc na polowanie, gdyż jak napisałem wcześniej Felka znalezilismy na skraju osiedla, w rowie tuż przy bramie jednego z domów - do zabudowań było bliżej niż do lasu. Szedl, zobaczył rudego kota (być może spacerującego w rowie) i strzelił.
Przy okazji mała uwaga: szukając Felka kilka dni wczesniej słyszałem rozmowę jakiegoś nastolatka z sąsiadem (mieszka kilka domów dalej, nie znam gościa). Malolat pytał wujka, czy idzie na polowanie na lisy...
Chyba się zainteresuję tym sasiadem bliżej.
Sporo pytań niestety pozostaje na razie bez odpowiedzi...przede wszystkim co robić dalej. Darować, czy namierzyć śmiecia. A jak namierzę to co??
Na razie postanowiłem udać się do nadleśnictwa i ustalić, kto w tym dniu chodził z bronią w okolicy.
Macie jakieś pomysły co robić???
Wiem, że chore prawo pozwala strzelać do bezpańskich psów i kotów - ale do cholery chyba w lesie a nie tam, gdzie mieszkaja ludzie.
Link:
http://forum.miau.pl/byo-zagina-kot-wcz ... 048fefd388Myszka.xww napisał(a):
Dzisiaj TZ byl w lecznicy zamowic zarcie dla Rollka.
Byla pani z kotem. Kot wychodzacy na tzw "bezpiecznym" osiedlu. Plot, ochrona, ludzie w miare przyjazni. Jakis dzieciak strzelil do kota z procy. Kot zostal bez oka. Pani sie zastanawia, jak tu wypuszczac kota z jednym okiem. Bo przeciez wiezic kota w domu, to nieludzkie. W sumie, to kot ma jeszcze drugie oko. Do wybicia

Link:
http://forum.miau.pl/4-vt32758.html?start=45nongie napisał(a):
Ja mam kota wychodzącego (na wsi).
Ktoregoś dnia wrocił cieżko pobity, był reanimowany u weterynarza, bo przestal oddychać. Wnętrzności ktoś mu wkopał pod serce, rozerwał przeponę, płuca zatrzymały się na żołądku. Na leczenie wywaliliśmy majątek i ciągle coś mu jeszcze dolega.
Po tym wszystkim chciałam go zatrzymać w domu, ale niestety - juz się nie dało. Miluś znów jest kotem wychodzącym, a ja trzęsę się z nerwów na myśl, co go jeszcze moze spotkać.
Gdybym jeszcze raz miala możliwość decydowania, jak wychować kociątko - wychowywałabym na domowego.
link:
http://www.forum.miau.pl/wypuszcza-czy- ... ty#1125741a tu jest opisana historia Milusia:
link:
http://www.forum.miau.pl/nastpny-vt2314 ... &start=180nongie napisał(a):
Miluś wrocił z nocnej wyprawy poturbowany i cierpiący. Miauczał i sykał przy próbach obmacywania. Dałam mu resztę tabletki przeciwbólowej, po ktorej się rozluźnił i usnął. Dobrze, ze jutro jedziemy do weta.
(...)
Wrocilismy z lecznicy. Milus dostal dwie kroplowki (glukoza i bialko), antybiotyk, atropine i cos przeciwbolowego. Teraz zajmuje sie dokladnym obsiusiwaniem naszej lazienki. Po poludniu mam mu dac odrobine miesa.
Opowiedzieli mi dokladnie, co zobaczyli po otwarciu kota: przepona nie byla dziurawa, ona byla rozerwana na polowie dlugosci, a jelita dostaly sie tam,gdzie zwykle sa pluca. Innymi slowy - gdyby nie ta przepuklina brzuszna - kot prawdopodobnie udusilby sie, zanim zostalby zdiagnozowany. Na odchodnym jeszcze mnie pocieszyli, ze moze sie wdac zapalenie pluc, odma i inne cholery
(...)
Weterynarze powiedzieli, ze to raczej nie pies.
Prawdopodobnie ktos go kopnął.
Mamy nawet podejrzanego...
tyona napisał(a):
Witam!
Ok godziny 15 kotke mojej kolezanki potracil samochod. Jej mama znalazla ja na poboczu, zaniosla do veta, ktory dal jakis zastrzyk (nie powiedzial jaki) i kazal czekac.
Teraz jestem u tej kolezanki, kotka lezy na ziemi, i 'sapie'. Lezy na boku, jezyk wysuniety i tak ciezko oddycha. Wczesniej miala w pyszczku krew. Nie rusza tylnymi lapami ani ogonem, ma chyba cos z kregoslupem bo dziwnie w gorze wystaje. Rusza tylko przednimi lapkami. Czasami probuje sie jakby podniesc, drapie wszystko co jest w zasiegu jej przednich lapek, jakby chciala sie podniesc!

dajemy jej wode palcami, pyszczek moczymy, i czasem przelyka lub lekko zlizuje z podlogi. Probuje czasem umyc przednia lapke (jest w blocie/krwi ale nie mocno).
Gdy przed chwila znowu miala taki 'atak' ze probowala sie zlapac, podniesc to zauwazylsmy ze ma dziasla we krwi i ten bok na ktorym lezy (chodzi o pyszczek).
Jak sie tak podnosi, to takie charczenie slychac. Jakby chciala moze piszczec? I ciagle ten jezyk na wierzchu

((
Jak jej pomoc?! jest strasznie goraco. Z daleka jest ustawiony wentylator, ktory lekko na nia wieje.
Prosze o porady. Co w nocy?? Ma tak lezec? teraz ciagle ktos kolo niej jest.
Pomocy! (przepraszam za brak polskich znakow)
dodane: teraz znowu po takim 'ataku' przy spokojnym lezeniu, ma jezyczek i dziasla we krwi.
Link:
http://forum.miau.pl/viewtopic.php?t=46365