Ma ufne złote oczy, w których tai się morze miłości, czarne, no.... prawie czarne, bo mocno wyrudziałe futerko, na którym miesiące czy lata poniewierki zostawiły swoje ślady- blizny, rany, łyse placki..
Gdyby nie pojawił się pod śmietnikiem, gdzie Ania dokarmia swoje dziczki, to pewnie by już nie żył. Pojawiał się i znikał, podchodził dopiero wtedy, gdy już inne koty oddalały się z pełnymi brzuszkami i łapczywie wylizywał resztki, taki koci szkielecik obciągnięty resztkami futra... Wydawał się megadziki, więc miał być złapany tylko do wyleczenia i wypuszczony na wolność.
A tymczasem ten megadziki już następnego ranka powitał Anię głośnym mruczeniem i sam podsunął łebek pod rękę.
Pierwsza diagnoza była przygnębiająca: poza koszmarnym świerzbem silna leukocytoza, sugerująca białaczkę, chora watroba... Brak paru ząbków to już pestka..
Tymczasem po tygodni leczenia rewelacyjne zmiany: test wykluczył białaczkę,morfologia i biochemia nie odbiegające od normy, sierść powoli zaczyna odrastać, boczki sie zaokrągliły. Po następnym tygodniu mógł zostać wykastrowany.
Kotek wszystkie badania i zabiegi znosił nad podziw ufnie i spokojnie, bez protestów dawał sie przewracać i kłuć, a nawet kąpać, bardzo dobrze czuje się w domu, nigdy nie zdarza mu sie nabrudzić poza kuwetką, jest przyjazny i towarzyski, szybko nawiązał poprawne stosunki z rezydentami.
Tylko co dalej?... Ania ma już za duże zagęszczenie ogonów na metr kwadratowy, do schroniska- szkoda, on już przeszedł swoją gehennę
Może znajdzie się kącik dla słodkiego Toffika w czyimś sercu i domu?...
